dystopia

The final countdown - "Kosogłos. Część 2."

01 grudnia


UWAGA! - recenzja zawiera (niewielkie) spojlery dotyczące fabuły poprzednich części "Igrzysk śmierci".

Już jest - wyczekiwana przez fanów na całym świecie, ostatnia część filmowej sagi opartej o powieści Suzanne Collins od niedawna gości na ekranach kin. Fanom przygód dzielnej Katniss Everdeen nie trzeba tego spektaklu rekomendować, jeśli jednak nie uważacie się za takowych i wciąż zastanawiacie się, czy wydać na kino te kilkanaście złotych... Przekonajcie się.

książki

Trzy w jednym - "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk

27 listopada

Ponad 900 stron. Ani tego w autobusie czytać, ani szybko przelecieć wzrokiem i streścić... O czym można napisać taki kawał literatury? Ano, o życiu człowieka oczywiście. I to człowieka nie byle jakiego, bo Jakub Lejbowicz Frank, alias trzeci Mesjasz, do przeciętniaków nie należał z pewnością.

książki

Przeczytane we wrześniu

17 października


Październik już w połowie, tym razem więc przedstawiam Wam spis książek przeczytanych we wrześniu z króciutkimi opisami i recenzjami. Oto one:


Szymon Nowak - "Dziewczyny wyklęte"
Losy szesnastu niezwykłych dziewczyn i kobiet, które w jakiś sposób były związane z walką partyzancką w Polsce po zakończeniu II wojny światowej, czyli działalnością Żołnierzy Wyklętych. To, co mogło być poruszającą relacją, okazało się biografią zbyt fabularyzowaną, by dało się ją czytać. Grafomańskie opisy autora sprawiły, że zamiast faktycznej opowieści o Żołnierzach Wyklętych dostałam do ręki coś bardziej przypominającego kiepski romans z wojną w tle. Na plus można zaliczyć tylko przygotowanie autora - brak materiału zdjęciowego i merytorycznego mu nie doskwierał i ładne, przyjemne wydanie. Ogólnie rzecz biorąc raczej nie polecam.
Ocena: 4/10

Stanisław Lem - "Cyberiada"
Zbiór kilkunastu opowiadań w niezwykły sposób przeplatających klasyczne science-fiction i baśń to druga (po "Solarisie") książka Lema, po jaką sięgnęłam i, jak do tej pory, chyba najbardziej udana. Opowiastki o robotach-konstruktorach Trurlu i Klaupacjuszu szokują głębokimi morałami ukrytymi pod płaszczykiem lekkich, zabawnych historii. Nie brakuje odniesień do etyki i filozofii, ale także charakterystycznych dla Lema neologizmów i zabawnych wierszyków. Z uwagi na dość charakterystyczny język, "Cyberiada" nie jest może najłatwiejsza do czytania, ale wciąż doskonała i warta polecenia każdemu miłośnikowi fantastyki i nie tylko.
Ocena: 9/10

Michaił Bułhakow - "Mistrz i Małgorzata"
Osobliwe sprawozdanie z wizyty Szatana w Moskwie - w "Mistrzu i Małgorzacie" granica między tym, co rzeczywiste i tym, co absurdalne jest niesamowicie płynna. Trudno mi jednoznacznie ocenić tą książkę - z jednej strony czytałam ją dość długo, czasem z trudem, a z drugiej - zafascynowała mnie bez reszty i jeszcze teraz, dość długo po jej zakończeniu nie mogę przestać wracać do niej myślami. Pewna jestem jednego: "Mistrza i Małgorzatę" można albo pokochać, albo znienawidzić i sposób dowiedzenia się, którą z tych opcji wybierzecie jest tylko jeden - szybki marsz do najbliższej biblioteki.
Ocena: 9/10

Kurt Vonnegut - "Rzeźnia numer pięć"
Jedna z tych powieści, o których nie jestem w stanie napisać nic konkretnego. "Rzeźnia numer pięć" to opowieść wojenna, ale nie w klasycznym tego słowa znaczeniu - odarta z patriotycznych idei i patosu, prosta, bezpretensjonalna, zaskakująca czarnym humorem. Rzecz w tym, że była właściwie za krótka, bym zdołała sobie wyrobić na jej temat jakieś konkretne zdanie, 256 stron pisanych dużą czcionką upłynęło, nim zdążyłam się w ogóle zorientować, co czytam. Gratuluję osobom, które znalazły w tej powieści "coś więcej" - osobiście mi się to nie udało, ale być może jeszcze kiedyś do "Rzeźni..." wrócę i będę szukać dalej.
Ocena: 7/10


Robert Stefanicki - "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu"
Autor "Czerwonego Tybetu" był w opisywanym przez siebie kraju trzy razy - w 2002, 2007 i 2013 roku. Za każdym razem przywiózł z Krainy Śniegu inne odczucia, dostrzegł inne problemy, opisał inny, bo już zmieniony Tybet. Reportaż Stefanickiego przed wszystkim otwiera oczy, pokazuje kraj piękny, lecz zacofany, bohaterski pod okupacją, choć niemający szans na wyzwolenie. Jedynym, co może przeszkadzać w lekturze jest mnogość dat i nazwisk, a także częste używanie przez autora lokalnych nazw, są to jednak trudności, które można przezwyciężyć z pomocą znajdującego się z tyłu książki kalendarium dziejów Tybetu i słowniczka. Niełatwy, lecz fascynujący - taki właśnie jest "Czerwony Tybet" i jako taki serdecznie go polecam.
Ocena: 8/10

William Shakespeare - "Makbet"
Nie jako po lekturę, lecz z czystej ciekawości i w oczekiwaniu na nadchodzącą, świetnie zapowiadającą się ekranizację (trailer tutaj) sięgnęłam po drugą w moim życiu sztukę Pana Szekspira. I, przyznam szczerze, tym razem - w przeciwieństwie do "Romea i Julii" - bardzo przypadł mi do gustu. "Makbet" nie jest książką długą, za to naładowaną emocjami i trzymającą w napięciu lepiej, niż niejeden thriller. Okrutny, krwawy, szalony - takimi epitetami najlepiej określić ten dramat i - choć "Grą o Tron w świecie Szekspira", jak to ładnie (?) określono w polskim trailerze bym go nie nazwała - serdecznie polecam "Makbeta" wszystkim, nie tylko miłośnikom dramatu szekspirowskiego.
Ocena: 9/10


Garth Nix - "Sabriel", "Lirael"

Z trylogią Nixa miałam już do czynienia parę lat temu, a jednak wróciłam do niej - nieco z sentymentu, a nieco po to, by sprawdzić, czy jej magia nadal będzie na mnie działała. I przekonałam się, że działa jak najbardziej. Seria "Sabriel-Lirael-Abhorsen" to w zasadzie typowa trylogia fantasy, jednak nietypowa bohaterka - nekromantka - oraz interesujący świat sprawiają, że czyta się ją bardzo dobrze. Na pewno nie jest to żadne must-read jeśli chodzi o fantastykę, ale w sam raz żeby pobawić się nieźle przez kilka wieczorów.
Ocena: 8/10 (przez sentyment)




"Adventure. 17 niesamowitych wypraw"

Nieco ponad 200 stron to niewiele, by opowiedzieć o 17 wyprawach w różne zakątki globu, a, jak się okazuje, na tych 200 stronach tekstu jest jeszcze mniej, niż można by się spodziewać. Ponad połowa książki jest bowiem wypełniona... Zdjęciami. Wprawdzie zdjęciami świetnymi, w wysokiej jakości i tak dalej (w ogóle zresztą całe to dziełko jest świetnie wydane), ale sprawia to, że bardziej się toto ogląda, niż czyta. Sprawozdania z wypraw są w zasadzie ograniczone do króciutkich opisów co, kto i kiedy, żadnych epickich opisów przyrody tutaj nie znajdziecie. Nawet na temat emocji towarzyszących odkrywcom nie ma za wiele, bo gdzie to zmieścić? Właściwie takie nic.
Ocena: brak


Leonie Swann - "Sprawiedliwość owiec"

Reklamuje się hasłem "filozoficzna powieść kryminalna" i tym właśnie jest. Przyjemna, mimo "filozoficznej" otoczki leciutka i przyjemna. Najlepszą rekomendacją dla tej książki niech będzie fakt, że gdyby owce potrafiłyby mówić, mówiłyby właśnie tak, jak opisuje to Leonie Swann. Jedyna w gatunku owczego kryminału, "Sprawiedliwość owiec" nie jest powieścią wybitną, z pewnością jednak stanowi miły sposób na spędzenie kilku wieczorów. Polecam w ramach przerywnika między cięższymi lekturami.
Ocena: 8/10





kryminał

Z owczej perspektywy - "Sprawiedliwość owiec" Leonie Swann

24 września


Nie, to nie "Milczenie owiec". Owczy tytuł nie jest tu wysmakowaną metaforą, ani niczym w tym rodzaju, bohaterami tej książki są bowiem jak najbardziej dosłowne owce. Co więcej, są to bodaj najbardziej owcze z książkowych owiec, które nawet postawioną przed nimi kryminalną zagadkę rozwiązują jak należy - po owczemu.

"Filozoficzna powieść kryminalna" - takim zagadkowym hasłem na okładce reklamuje się "Sprawiedliwość owiec", debiut niemieckiej pisarki Leonie Swann. Cóż takiego kryje się pod tym hasłem? Jedynie... Stado owiec. Przyzwoitych, spokojnych owiec z Glennkill, które pewnego dnia znajdują swojego pasterza przybitego szpadlem do pastwiska. A jako, że owce swojego pasterza całkiem robiły, postanawiają odnaleźć jego mordercę i wymierzyć mu sprawiedliwość, nawet, jeśli nie do końca wiedzą, co to słowo oznacza.

Gdyby owce mówiły, mówiłyby to, co zapisała w swojej powieści Leonie Swann - do takiego wniosku doszłam już na początku lektury. Mimo, że filozofujące od czasu do czasu, są bowiem po prostu owcami, a jednocześnie każda z nich ma swój charakter, swój odmienny sposób myślenia. I oczywiście widzą ludzi zupełnie inaczej, niż ci chcieliby być widziani. Co zaś się tyczy filozofii... Owszem, jest, ale wątek filozoficzny nie dominuje i nie czyni tej powieści ciężkostrawną - raczej urozmaica lekturę. Niczego zaskakującego i innowacyjnego w tej kwestii raczej w "Sprawiedliwości owiec" nie znajdziemy, bo owce w swoich rozmyślaniach dotykają takich tematów, jak życie po śmierci czy istnienie duszy, ale ta banalność nie czyni książki mniej przyjemnej w odbiorze.

"Sprawiedliwość owiec" nie jest czymś, co was oszołomi czy zachwyci - próżno szukać w tej powieści przejawów geniuszu czy tematu długich rozmyślań, nie jest ideałem, ale jednego nie można jej odmówić: ma w sobie i lekki, niewymuszony humor, i ciekawy pomysł, a nawet odrobinę głębi. Jako debiut jest więc bardzo udana i z przyjemnością sięgnę po kolejną część.
 



reportaż

"Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu" - Robert Stefanicki

22 września



Pomyśl przez chwilę o Tybecie. Co przychodzi Ci do głowy? Malownicze, zaśnieżone szczyty? Mnisi w barwnych szatach? A może powiewające na wietrze flagi modlitewne? Tak, to właśnie Tybet. Nie sądzę jednak, by w Twoich myślach pojawiały się hasła, takie jak komunizm czy samospalenie... To też Tybet. Jak jedno państwo może mieć dwa tak diametralnie różne oblicza, być jednocześnie piękne i zacofane, niepoddające się sinizacji, choć mówiące prawie wyłącznie po chińsku, żyjące nadzieją i pogrążone w beznadziei? Cóż, to właśnie Tybet.

Reportaż Roberta Stefanickiego to przede wszystkim szczegółowe sprawozdanie w trzech wypraw do Tybetu odbytych w latach 2002-2013. Wraz z autorem obserwujemy przemianę zacofanego, zaściankowego państewka, patrzymy, jak Lhasa - stolica Tybetu - ze starego, urokliwego miasta zmienia się powoli w betonową dżunglę i jak burzone są klasztory, a w ich miejsce stawia się ładniejsze, czystsze fasady udające już tylko miejsce kultu. Oprócz tych oczywistych zmian, widzimy także zmieniającą się mentalność Tybetańczyków stopniowo przechodzącą z woli walki w poczucie beznadziei, a mimo to próbujących zachować odrębność.

"Czerwony Tybet..." spełnił w moim przypadku głównie rolę edukacyjną.Dla przykładu, przed przeczytaniem tej książki Tybet postrzegałam tak, jak chyba większość Europejczyków - jako kolebkę buddyzmu, kraj, którego mieszkańcy stoją na wyższym poziomie duchowym, a w dodatku są pokojowo nastawieni do wszystkiego, co żyje. Brzmi pięknie? Tak się tymczasem składa, że praktycznie do czasu chińskiego podboju, w Tybecie panował system feudalny dobrze znany nam ze średniowiecza, to znaczy - kasta rządząca, w znacznej części złożona z duchowieństwa i masy niewyedukowanej biedoty. Krajem pokojowym też trudno Tybet nazwać, skoro ok. VII wieku miał pod kontrolą większość sąsiednich państw, z których bynajmniej żadne nie skapitulowało bezkrwawo. Długo by jeszcze wymieniać tego typu sprzeczności między Tybetem takim, jakim go znamy czy kojarzymy, a takim, jakim opisuje go Stefanicki.

Zasadniczą zaletą tego reportażu jest fakt, że autor pozostawia nam pole na wolną interpretację. Stefanicki nie próbuje być opiniotwórczy, przedstawia zarówno wady, jak i zalety chińskiej ekspansji na Tybet - pisze zarówno o Tybetańczykach, którzy cierpią nie mogąc wyznawać własnej religii, o mnichach torturowanych w więzieniach, jak i o wyjściu z owego feudalistyczno-zaściankowego systemu, co Kraina Śniegu zawdzięcza Chinom. Nawet samo zakończenie nie jest jednoznaczne, bo wbrew pesymistycznej wymowie końcowych rozdziałów, autor cytuje na końcu Wanga Lixionga i jego optymistyczną wizję wyzwolenia Tybetu.

Jedno, co może się w "Czerwonym Tybecie" nie podobać - to nie jest łatwa książka. I nie chodzi tu nawet o to, że dotyka trudnej tematyki, choć, fakt faktem, ta nie należy do najłatwiejszych i nie znam chyba nikogo, kto z przyjemnością czytałby o samospaleniach, nie w tym jednak rzecz. Utrudnieniem może być namnożenie nazwisk i historycznych faktów w niektórych rozdziałach, przez co chwilami przez książkę wręcz się brnie. Biorę jednak poprawkę na to, że trudno opowiadać o jakimś kraju i robić to w sposób wiarygodny nie odwołując się do jego historii. A gdyby ktoś pogubił się w tej zawiłości, na ostatnich stronach książki znajdzie zgrabne kalendarium prowadzące go przez najważniejsze wydarzenia w historii Tybetu.

Z półki w bibliotece zgarnęłam "Czerwony Tybet" głównie dlatego, że zaintrygował mnie tytuł w połączeniu z piękną okładką i nie zawiodłam się. Jeśli zobaczycie kiedyś tą książkę w pobliżu - sięgnijcie po nią i przekonacie się, że naprawdę warto.

biografia

Wojenne opowieści - "Dziewczyny wyklęte" Szymona Nowaka

06 września

Zdarza Wam się, że książka, która wedle wszelkich przesłanek powinna być niezła, a nawet dobra okazuje się kompletnym niewypałem? Niestety właśnie czegoś takiego doświadczyłam podczas lektury "Dziewczyn wyklętych".

W "Dziewczynach wyklętych" autor przedstawia losy szesnastu kobiet i dziewcząt, które w jakiś sposób zetknęły się z działalnością Żołnierzy Wyklętych - antysowieckiej partyzantki działającej w Polsce po zakończeniu II wojny światowej. Były żonami i dziewczynami żołnierzy, sanitariuszkami w oddziałach, a niektóre z nich same brały udział w starciach. Są wśród nich te, o których słyszał niemal każdy, jak Inka czy Perełka, lecz także te, które dopiero poznajemy.

Szymon Nowak niewątpliwie przyłożył się, jeśli chodzi o materiał zdjęciowy - w książce znajdziemy zdjęcia osobiste, listy i fragmenty rozpraw, lecz także współczesne zdjęcia żyjących jeszcze bohaterek. Obraz ten psują nieco zdjęcia Grupy Rekonstrukcji Historycznej "Bojursko" - miałam wrażenie, że znalazły się w książce z braku innych obrazów. Nie to jest jednak powodem, dla którego uznałam, że kupno tej książki było błędem - jest nim forma. Sama w sobie biografia fabularyzowana nie jest mi wstrętną, w wydaniu Szymona Nowaka doprowadziła do czegoś, co można nazwać tylko jednym brzydkim słowem na literę "G" (i mam tu na myśli grafomanię). Widać to zresztą już od pierwszych słów książki, które brzmią: "Miało się ku wieczorowi i dzień się już nachylił, a czerwień zachodzącego słońca przyświecała jeszcze złowróżbnie na wsią...". I tak dalej. Niestety to upodobanie autora do ckliwych, infantylnych opisików w znacznym stopniu czyni książkę trudną do czytania.

Gdybym oceniała nie książkę, lecz bohaterki, oczywiście musiałabym wystawić tej pozycji dziesięć gwiazdek (z wykrzyknikiem). Trudno nie doceniać bohaterstwa, poświęcenia i dramatu młodych dziewczyn zmuszonych do ukrywania się w lasach, poddawanych okrutnym torturom i ginących za ukochaną ojczyznę. Tym bardziej dziwne jest, że tak dobry materiał można tak doszczętnie zepsuć beznadziejnym językiem i źle dobraną formą. Dobre źródło wiedzy, ale jako książkę do czytania raczej "Dziewczyny wyklęte" odradzam

książki

Książka o książce - "Książka, której nie ma", Santiago Pajares

30 sierpnia

Są powieści wielkie - takie, które pamięta się przez całe życie i wraca do nich regularnie. Są książki dobre, po prostu do czytania, o których zapomina się po jakimś czasie. Są, rzecz jasna, kiepskie książki. I są wreszcie takie, w których na pozór nie ma niczego nadzwyczajnego, a które mimo to zostają w pamięci na długo, wspominane z sentymentem i rozczuleniem, i do nich właśnie należy "Książka, której nie ma".

W życiu Davida Peralto wszystko jest na swoim miejscu - praca w wydawnictwie Khoan, żona, mieszkanie w Madrycie,,, Do czasu, gdy szef wydawnictwa daje mu nietypowe zadanie - David ma jechać do maleńkiej wioski w Pirenejach i odnaleźć Thomasa Mauda, autora, na którego "Spirali" oparty jest sukces wydawnictwa. Do tej pory na adres wydawnictwa co dwa lata nadsyłano kolejne tomy, minęło już jednak sporo czasu, a enigmatyczny pisarz milczy. Czy Davidowi uda się go odnaleźć? I co do tego wszystkiego ma narkoman Fran i siostrzenica sekretarki wydawnictwa? Tego wszystkiego dowiecie się podczas lektury.

Brzmi to jak początek trzymającego w napięciu kryminału pełnego tajemnic, tymczasem nie do końca o to w powieści Pajaresa chodzi. Owszem, poszukiwanie Thomasa Mauda jest w niej ważne, ale na pierwszy plan wysuwa się Bregados, owa wioska w Pirenejach do której wyruszamy wraz z głównym bohaterem. Poznajemy mieszkańców malowniczej miejscowości, ich zwyczaje, zalety, wady i problemy. Przy okazji autor porusza parę ważnych kwestii - pisze o samotnym macierzyństwie, o chorobie i śmierci ale wszystko to w sposób nienachalny, ciepły i prosty.

Drugim, choć nie mniej ważnym wątkiem pojawiającym się w powieści jest historia pojedynczego egzemplarza "Spirali" przechodzącego przez ręce różnych osób. Wyimaginowana powieść Thomasa Mauda przedstawiona jest tu nie tylko jako wielkie dzieło i światowy bestseller, ale jest także katalizatorem nietypowych wydarzeń - pomaga pewnemu narkomanowi wyjść z nałogu, studentce - odzyskać pewność siebie, staje się zalążkiem wielkiej miłości... I ponownie autor nie ucieka się przy tym do moralizowania, nie zalatuje Paulem Coehlo, można więc czytać bez zgrzytania zębami.

Książka o książce to stary i wypróbowany wielokrotnie (choćby w "Cieniu wiatru" Carlosa Ruiza Zafóna czy w "Nie kończącej się historii" Michaela Ende) pomysł, który mimo tego wciąż urzeka i fascynuje wszystkie mole książkowe. "Książka, której nie ma" nie pretenduje do miana wielkiego, oryginalnego dzieła, nie jest także - przynajmniej dla mnie - powieścią odmieniającą całe życie. Choć chwilami nieco przewidywalna, jest jednak ciepła, nastrojowa i po prostu przyjemnie się ją czyta. Warta ostatnich paru dni wakacji.

fantastyka

Na Żelaznym Tronie - "Gra o Tron" George'a R.R. Martina

18 sierpnia

Nie udawaj, że nie słyszałeś o "Grze o Tron". I tak nikt ci nie uwierzy. Kasowy serial produkcji HBO, fandom liczony milionami i książka... Którą zapewne nie raz i nie dwa widziałeś w rękach swoich znajomych. Być może najwyższy czas byś i ty po nią sięgnął i doświadczył tego, co fani na całym świecie czekający niecierpliwie na kolejne tomy.

Śródziemie, Narnia... Westeros
Kraina, w której toczy się akcja "Pieśni Lodu i Ognia" nie ma konkretnej nazwy, mają je za to oba ze znajdujących się w niej kontynentów - leżące na zachodzie Westeros i wschodnie Essos. Choć akcja powieści skacze z miejsca w miejsce z fantazją obłąkanego pasikonika, znaczna jej większość toczy się na zachodzie, w królestwie, które jest oddzielone jedynie murem od północnej części kontynentu zaludnionej Dzikimi i stworzeniami dużo od nich gorszymi (to, że mur, a właściwie Mur jest olbrzymią, mierzącą jakieś 700 stóp konstrukcją z lodu jest już zupełnie inną sprawą)... Samo królestwo nie jest jednolite pod względem klimatycznym - mamy tu mroźną, śnieżną Północ i Południe z klimatem zbliżonym śródziemnomorskiego, a gdy dodamy do tego położone na drugim kontynencie Morze Dothraków przypominające nieco afrykańską sawannę, robi się naprawdę ciekawie.

A przepisem na sukces jest...
Wspomniany wcześniej "pasikonik" lokacyjny jest jednym ze skutków ubocznych zabiegu, jaki zastosował autor. Rozdziałom "Gry o Tron" daleko od tradycyjnych, ładnie ponumerowanych - tutaj są one ponazywane imionami różnych bohaterów (w tym tomie sagi była ich dziewiątka) i to z ich perspektywy oglądamy poszczególne wydarzenia. Czy to dobrze? Cóż, nie wszystkim musi odpowiadać taki rodzaj narracji, bywa on denerwujący zwłaszcza wtedy, gdy chcemy natychmiast poznać rozwinięcie jakiegoś wątku - samej zdarzyło mi się parę razy przewijać gorączkowo strony w poszukiwaniu rozdziału TEGO bohatera. Z drugiej jednak strony, nietrudno znaleźć tu jakiegoś bohatera któremu będzie się kibicować, swoją bratnią duszę. Wydaje mi się, że to w znacznej części zadecydowało o niezwykłym sukcesie, jaki saga odniosła w różnych częściach świata - niemal każdy może tu znaleźć coś dla siebie.


Czy to pustak? Czy to cegła? Nie, to "Gra o Tron"!

Przyznajmy sobie szczerze, ponad osiemset stron to objętość uczciwej, zgrabnej cegły. Duużo czytania. Zwłaszcza, kiedy pomnożysz to przez siedem (bo tyle tomów jest w tej chwili zapowiedzianych, kto wie, czy nie będzie ich więcej!). Dużo słów i jeszcze więcej liter. Zanim jednak zrezygnowany odejdziesz od księgarnianej półki mając na ustach "ja tego nie przeczytam"... Spróbuj otworzyć pierwszą stronę i przeczytać parę zdań. Być może nie przestaniesz czytać w drodze do kasy. Być może nie przerwiesz lektury także w drodze do domu (z uwagi na to, mam nadzieję, że nie jesteś kierowcą). A jeśli tak się stanie, całkiem prawdopodobne, że wkrótce mimo znacznych gabarytów będziesz nosił ze sobą "Grę o Tron" w plecaku, w torebce czy po prostu w ręku gdziekolwiek się wybierzesz. Dlaczego? Tak się składa, że George R.R. Martin operuje bardzo "czytalnym" językiem. Mam przez to na myśli, że podczas czytania nie sprawdzasz, ile jeszcze stron zostało do końca rozdziału i nie zastanawiasz się, co innego mógłbyś robić w tym czasie. Strony po prostu... Znikają. Jest więc prawdopodobieństwo, że mimo nieco przerażającego wyglądu uda ci się połknąć całą książkę w trzy czy cztery dni, czego serdecznie życzę.

Czapki z głów, głowy z karków
"Gra o Tron" toczy się w realiach bardzo przypominających średniowieczne, a średniowiecze - powiedzmy sobie szczerze - nie było łatwym czasem do życia. Ludzie umierali z różnych powodów, od ospy począwszy, a na dekapitacji skończywszy, tak też dzieje się w powieści - z różnych przyczyn umierają mniej i bardziej znaczące postacie. Tych, którzy przerażeni są brutalności serialowej wersji sagi (w której momentami faktycznie ekran wprost spływał krwią) muszę jednak pozytywnie zaskoczyć. W powieści R.R. Martina przemoc jest, to fakt, jednak nie stanowi ona pierwszego planu, nie jest przedstawiona jako najważniejszy element gry. Podobnie jest zresztą z seksem - coś gdzieś się dzieje, daleko temu jednak do "Pięćdziesięciu twarzy Greya" czy choćby do niektórych powieści YA.

Let's play the game...
Tak naprawdę żeby zakochać się w świecie Westeros nie trzeba być nawet fanem fantastyki. Bo fantastyki tu jak na lekarstwo... Smoków niewiele, mamy też coś nieco przypominającego podrasowaną wersję zombie, ale poza tym "Gra o Tron" jest do bólu realistyczna. Nawet, jeśli podchodzisz do tematu sceptycznie, istnieją spore szanse, że dasz się wciągnąć do gry, zaczarować i tak, jak mnóstwo ludzi przed tobą po zamknięciu książki będziesz krzyczeć o więcej.





Popularności