kryminał

Z owczej perspektywy - "Sprawiedliwość owiec" Leonie Swann

24 września


Nie, to nie "Milczenie owiec". Owczy tytuł nie jest tu wysmakowaną metaforą, ani niczym w tym rodzaju, bohaterami tej książki są bowiem jak najbardziej dosłowne owce. Co więcej, są to bodaj najbardziej owcze z książkowych owiec, które nawet postawioną przed nimi kryminalną zagadkę rozwiązują jak należy - po owczemu.

"Filozoficzna powieść kryminalna" - takim zagadkowym hasłem na okładce reklamuje się "Sprawiedliwość owiec", debiut niemieckiej pisarki Leonie Swann. Cóż takiego kryje się pod tym hasłem? Jedynie... Stado owiec. Przyzwoitych, spokojnych owiec z Glennkill, które pewnego dnia znajdują swojego pasterza przybitego szpadlem do pastwiska. A jako, że owce swojego pasterza całkiem robiły, postanawiają odnaleźć jego mordercę i wymierzyć mu sprawiedliwość, nawet, jeśli nie do końca wiedzą, co to słowo oznacza.

Gdyby owce mówiły, mówiłyby to, co zapisała w swojej powieści Leonie Swann - do takiego wniosku doszłam już na początku lektury. Mimo, że filozofujące od czasu do czasu, są bowiem po prostu owcami, a jednocześnie każda z nich ma swój charakter, swój odmienny sposób myślenia. I oczywiście widzą ludzi zupełnie inaczej, niż ci chcieliby być widziani. Co zaś się tyczy filozofii... Owszem, jest, ale wątek filozoficzny nie dominuje i nie czyni tej powieści ciężkostrawną - raczej urozmaica lekturę. Niczego zaskakującego i innowacyjnego w tej kwestii raczej w "Sprawiedliwości owiec" nie znajdziemy, bo owce w swoich rozmyślaniach dotykają takich tematów, jak życie po śmierci czy istnienie duszy, ale ta banalność nie czyni książki mniej przyjemnej w odbiorze.

"Sprawiedliwość owiec" nie jest czymś, co was oszołomi czy zachwyci - próżno szukać w tej powieści przejawów geniuszu czy tematu długich rozmyślań, nie jest ideałem, ale jednego nie można jej odmówić: ma w sobie i lekki, niewymuszony humor, i ciekawy pomysł, a nawet odrobinę głębi. Jako debiut jest więc bardzo udana i z przyjemnością sięgnę po kolejną część.
 



reportaż

"Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu" - Robert Stefanicki

22 września



Pomyśl przez chwilę o Tybecie. Co przychodzi Ci do głowy? Malownicze, zaśnieżone szczyty? Mnisi w barwnych szatach? A może powiewające na wietrze flagi modlitewne? Tak, to właśnie Tybet. Nie sądzę jednak, by w Twoich myślach pojawiały się hasła, takie jak komunizm czy samospalenie... To też Tybet. Jak jedno państwo może mieć dwa tak diametralnie różne oblicza, być jednocześnie piękne i zacofane, niepoddające się sinizacji, choć mówiące prawie wyłącznie po chińsku, żyjące nadzieją i pogrążone w beznadziei? Cóż, to właśnie Tybet.

Reportaż Roberta Stefanickiego to przede wszystkim szczegółowe sprawozdanie w trzech wypraw do Tybetu odbytych w latach 2002-2013. Wraz z autorem obserwujemy przemianę zacofanego, zaściankowego państewka, patrzymy, jak Lhasa - stolica Tybetu - ze starego, urokliwego miasta zmienia się powoli w betonową dżunglę i jak burzone są klasztory, a w ich miejsce stawia się ładniejsze, czystsze fasady udające już tylko miejsce kultu. Oprócz tych oczywistych zmian, widzimy także zmieniającą się mentalność Tybetańczyków stopniowo przechodzącą z woli walki w poczucie beznadziei, a mimo to próbujących zachować odrębność.

"Czerwony Tybet..." spełnił w moim przypadku głównie rolę edukacyjną.Dla przykładu, przed przeczytaniem tej książki Tybet postrzegałam tak, jak chyba większość Europejczyków - jako kolebkę buddyzmu, kraj, którego mieszkańcy stoją na wyższym poziomie duchowym, a w dodatku są pokojowo nastawieni do wszystkiego, co żyje. Brzmi pięknie? Tak się tymczasem składa, że praktycznie do czasu chińskiego podboju, w Tybecie panował system feudalny dobrze znany nam ze średniowiecza, to znaczy - kasta rządząca, w znacznej części złożona z duchowieństwa i masy niewyedukowanej biedoty. Krajem pokojowym też trudno Tybet nazwać, skoro ok. VII wieku miał pod kontrolą większość sąsiednich państw, z których bynajmniej żadne nie skapitulowało bezkrwawo. Długo by jeszcze wymieniać tego typu sprzeczności między Tybetem takim, jakim go znamy czy kojarzymy, a takim, jakim opisuje go Stefanicki.

Zasadniczą zaletą tego reportażu jest fakt, że autor pozostawia nam pole na wolną interpretację. Stefanicki nie próbuje być opiniotwórczy, przedstawia zarówno wady, jak i zalety chińskiej ekspansji na Tybet - pisze zarówno o Tybetańczykach, którzy cierpią nie mogąc wyznawać własnej religii, o mnichach torturowanych w więzieniach, jak i o wyjściu z owego feudalistyczno-zaściankowego systemu, co Kraina Śniegu zawdzięcza Chinom. Nawet samo zakończenie nie jest jednoznaczne, bo wbrew pesymistycznej wymowie końcowych rozdziałów, autor cytuje na końcu Wanga Lixionga i jego optymistyczną wizję wyzwolenia Tybetu.

Jedno, co może się w "Czerwonym Tybecie" nie podobać - to nie jest łatwa książka. I nie chodzi tu nawet o to, że dotyka trudnej tematyki, choć, fakt faktem, ta nie należy do najłatwiejszych i nie znam chyba nikogo, kto z przyjemnością czytałby o samospaleniach, nie w tym jednak rzecz. Utrudnieniem może być namnożenie nazwisk i historycznych faktów w niektórych rozdziałach, przez co chwilami przez książkę wręcz się brnie. Biorę jednak poprawkę na to, że trudno opowiadać o jakimś kraju i robić to w sposób wiarygodny nie odwołując się do jego historii. A gdyby ktoś pogubił się w tej zawiłości, na ostatnich stronach książki znajdzie zgrabne kalendarium prowadzące go przez najważniejsze wydarzenia w historii Tybetu.

Z półki w bibliotece zgarnęłam "Czerwony Tybet" głównie dlatego, że zaintrygował mnie tytuł w połączeniu z piękną okładką i nie zawiodłam się. Jeśli zobaczycie kiedyś tą książkę w pobliżu - sięgnijcie po nią i przekonacie się, że naprawdę warto.

biografia

Wojenne opowieści - "Dziewczyny wyklęte" Szymona Nowaka

06 września

Zdarza Wam się, że książka, która wedle wszelkich przesłanek powinna być niezła, a nawet dobra okazuje się kompletnym niewypałem? Niestety właśnie czegoś takiego doświadczyłam podczas lektury "Dziewczyn wyklętych".

W "Dziewczynach wyklętych" autor przedstawia losy szesnastu kobiet i dziewcząt, które w jakiś sposób zetknęły się z działalnością Żołnierzy Wyklętych - antysowieckiej partyzantki działającej w Polsce po zakończeniu II wojny światowej. Były żonami i dziewczynami żołnierzy, sanitariuszkami w oddziałach, a niektóre z nich same brały udział w starciach. Są wśród nich te, o których słyszał niemal każdy, jak Inka czy Perełka, lecz także te, które dopiero poznajemy.

Szymon Nowak niewątpliwie przyłożył się, jeśli chodzi o materiał zdjęciowy - w książce znajdziemy zdjęcia osobiste, listy i fragmenty rozpraw, lecz także współczesne zdjęcia żyjących jeszcze bohaterek. Obraz ten psują nieco zdjęcia Grupy Rekonstrukcji Historycznej "Bojursko" - miałam wrażenie, że znalazły się w książce z braku innych obrazów. Nie to jest jednak powodem, dla którego uznałam, że kupno tej książki było błędem - jest nim forma. Sama w sobie biografia fabularyzowana nie jest mi wstrętną, w wydaniu Szymona Nowaka doprowadziła do czegoś, co można nazwać tylko jednym brzydkim słowem na literę "G" (i mam tu na myśli grafomanię). Widać to zresztą już od pierwszych słów książki, które brzmią: "Miało się ku wieczorowi i dzień się już nachylił, a czerwień zachodzącego słońca przyświecała jeszcze złowróżbnie na wsią...". I tak dalej. Niestety to upodobanie autora do ckliwych, infantylnych opisików w znacznym stopniu czyni książkę trudną do czytania.

Gdybym oceniała nie książkę, lecz bohaterki, oczywiście musiałabym wystawić tej pozycji dziesięć gwiazdek (z wykrzyknikiem). Trudno nie doceniać bohaterstwa, poświęcenia i dramatu młodych dziewczyn zmuszonych do ukrywania się w lasach, poddawanych okrutnym torturom i ginących za ukochaną ojczyznę. Tym bardziej dziwne jest, że tak dobry materiał można tak doszczętnie zepsuć beznadziejnym językiem i źle dobraną formą. Dobre źródło wiedzy, ale jako książkę do czytania raczej "Dziewczyny wyklęte" odradzam

Popularności