The final countdown - "Kosogłos. Część 2."

01 grudnia


UWAGA! - recenzja zawiera (niewielkie) spojlery dotyczące fabuły poprzednich części "Igrzysk śmierci".

Już jest - wyczekiwana przez fanów na całym świecie, ostatnia część filmowej sagi opartej o powieści Suzanne Collins od niedawna gości na ekranach kin. Fanom przygód dzielnej Katniss Everdeen nie trzeba tego spektaklu rekomendować, jeśli jednak nie uważacie się za takowych i wciąż zastanawiacie się, czy wydać na kino te kilkanaście złotych... Przekonajcie się.

Fabułę drugiej części "Kosogłosa" można zawrzeć w dwóch słowach: totalna destrukcja. Nie chodzi tu tylko o warstwę czysto techniczną, choć i w tym przypadku na nudę nie sposób narzekać - akcja toczy się wartko, te pościgi, te wybuchy i tak dalej. Destrukcja i zniszczenie dotyka jednak głównie samych bohaterów, ich życia wewnętrznego - zmęczona powtórkami z Igrzysk, wyprana z uczuć Katniss (w końcu brak mimiki Jennifer Lawrence można odebrać jako element gry aktorskiej), Peeta leczący traumę po torturach... Trudno patrzeć na bohaterów i trudno myśleć o tym, co dzieje się w ich głowach. Osobom bardziej wrażliwym radzę nastawić się na to, że podczas filmu będą płakały kilkukrotnie, nie zawsze dlatego, że ktoś akurat umarł (choć śmierci w ostatniej części "Igrzysk.." jest również sporo).

Pod względem technicznym, "Kosogłos" nie rozczarowuje. Ujęcia są widowiskowe, monumentalne, kolory pięknie dobrane - dobrze się na ten film patrzy. Ze scen szczególnie zapada w pamięć szczególnie ta, która można opisać jako rzeź niewiniątek - robi wrażenie nawet, gdy przeczytało się wcześniej książkę i pozbawiło w ten sposób elementu zaskoczenia. Efekty specjalne, rzecz jasna, są, udało się jednak uniknąć przesady i wyglądają po prostu tak, jak powinny. Muzyka wspaniale buduje klimat i napięcie. Słowem - nie ma do czego się przyczepić.

Podobnie jest w przypadku gry aktorskiej - w tej części w końcu daje z siebie więcej Josh Hutcherson (Peeta), obłęd w jego wykonaniu jest boleśnie autentyczny, Donald Sutherland w roli prezydenta Snowa jak zwykle wypada świetnie (szkoda tylko, że jest go w tej części tak mało), cała reszta gra zaś po prostu bardzo dobrze. Można by przyczepić się jedynie do Jennifer Lawrence, o której niezmiennym wyrazie twarzy wspominałam już wcześniej, jednak tak w tej, jak i w poprzedniej części jest on w przypadku Katniss jak najbardziej zrozumiały i wręcz potrzebny.

Jako ekranizacja sama w sobie, drugi "Kosogłos" wypada tak samo dobrze, a może nawet lepiej od literackiego pierwowzoru. Zachowując w znacznym stopniu wierność oryginałowi, film zdaje się być mniej chaotyczny od powieści. Akcja, rozbita na dwie części tylko na tym zyskała, nie pędzi na łeb na szyję i pozostawia czas na efektowne, wydłużone ujęcia. Minęło już wprawdzie sporo czasu odkąd miałam styczność z książką, wydaje mi się, że jedyną postacią "poszkodowaną" w wyniku przeniesienia jej na ekran jest Johanna, której wątek został znacznie spłycony. 

Jakieś wady? Na pewno nie ma co oglądać, nie zapoznawszy się z wcześniejszymi filmami, widz zostaje wrzucony w akcję bez żadnego wyjaśnienia czy skrótu z poprzednich wydarzeń, choć nie wydaje mi się, by był to powód do narzekań - przynajmniej obywa się bez przedłużania filmu (w przeciwieństwie do np. przedostatniej części filmowej sagi "Zmierzch", która pod koniec serwowała nam 10 minutową retrospekcję). Sceny pocałunku Katniss i Peety (bodajże dwie na cały, 2,5 godzinny film) wydawały się odrobinę mdłe, ale cóż... Jakoś trzeba było ten romans pociągnąć. Poza tymi drobnostkami - bez zastrzeżeń. "Kosogłos. Część 2" wyrastająca ponad poziom całej sagi, to może nie zachwycający, ale z pewnością dobrze zrobiony, dobrze zagrany film. Łaknącym doskonałego zakończenia przygód Katniss Everdeen - polecam serdecznie.

Spodoba Ci się też:

3 komentarze

  1. Z każdą kolejną recenzją filmu mam coraz większą ochotę na maraton :) A Katniss moim zdaniem wybrano idealnie. Cieszę się, że ostrzegasz, by nie oglądać tej części bez znajomości poprzednich, to ważna informacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeju, wybacz późną odpowiedź, jakimś cudem przeoczyłam Twój komentarz :o.
      Maraton to świetny pomysł, chociaż możesz mieć problem z obejrzeniem wszystkich części przez jedną noc :P. No i polecam jeszcze przed seansem zapoznać się z serią książkową, jest świetna.

      Usuń
  2. Byłam na filmie i jedyną wadą, którą zauważyłam to znaczne powielanie wielu momentów, które w dzisiejszych czasach podobają się widzom. Szłam na parę filmów w odstępie bodajże tygodnia i po prostu niektóre sceny były identyczne. Ale poza tym film jest bardzo fascynujący i zgadzam się z opinią, iż jest doskonałym zakończeniem serii.
    Pozdrawiam!
    http://tysiac-zyc-czytelnika.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Popularności