Beksińscy. Portret podwójny.

03 maja


Nie tego można by się spodziewać po biografii dwojga Beksińskich. Próżno szukać tu przejmującego mroku z obrazów Beksińskiego – ojca, tajemniczego klimatu audycji syna – też brak. Tylko, czy to źle?

Z historii o synu, który chciał umrzeć, a nie umiał się zabić i jego ojcu, który chciał żyć, a został zamordowany, łatwo byłoby zrobić tanią sensację. Łatwo byłoby uciec się do przesadnego dramatyzmu, popaść w egzaltację, słowem – sprowadzić biografię do poziomu książki poczytnej, ale kiepskiej. Na szczęście Magdalena Grzebałkowska tego nie robi i daje nam w zamian rzetelnie opracowaną i świetnie napisaną Biografię przed duże B.

Rzetelna nie oznacza jednak bynajmniej nudna. Bo przy całej swojej dziennikarskiej dociekliwości i dokładności, Grzebałkowska nie bywa nudna nigdy. Absolutnie. Owszem, przedstawia nam codzienną rutynę Beksińskich w Sanoku, opowiada ich życie oczami znajomych, dokumentuje całość wyciągami z listów i zdjęciami rodzinnymi, ale robi to w taki sposób, że książkę czytamy z zapartym tchem niczym najlepszy thriller A to dlatego, że biografia Beksińskich ma w sobie to, czego najczęściej brakuje właśnie biografiom – nie tylko świetne opracowanie materiałów źródłowych, ale zwyczajny polot.

I, mimo że sięgając do listów, wspomnień znajomych czy rozmów zapisanych w rodzinnym dzienniku fonicznym Beksińskich autorka tworzy coś w rodzaju dziurki, przez którą możemy podglądać Zdzisława i Tomasza, ich życie codzienne, problemy i przemyślenia, nigdy nie posuwa się za daleko. Nie mamy wrażenia, że odsłania przed nami za dużo, że w jakikolwiek sposób przekracza pewien próg tego, co biografowi pokazać wolno. Portretuje nie oceniając, ocenę pozostawiając czytelnikowi i nie próbując jej w żaden sposób sugerować czy demonizować. I to się ceni.

Tym jednak, co liczy się chyba najbardziej jest uniwersalność tej niezwykłej biografii. To nie tylko historia malarza i radiowca, ojca i syna i niezależnie od tego, czy zachwycaliśmy się obrazami pierwszego, czy zasłuchiwaliśmy w audycjach drugiego, będzie nam się ją czytało doskonale. Skomplikowana relacja Tomasza i Zdzisława jest bowiem tylko pretekstem do przedstawienia uczuć i sytuacji, które każdemu z nas są bliskie. To przede wszystkim opowieść o samotności, miłości, smutku. O tym, co ludzkie.


Komu więc? Wielbicielom twórczości Beksińskich, każdego z osobna, oczywiście. Tym, którzy chcieliby się zapoznać z niepokojącym malarstwem Zdzisława Beksińskiego, jak najbardziej. Ale tak naprawdę, to wszystkim i każdemu z osobna – bierzcie i czytajcie!

Spodoba Ci się też:

3 komentarze

  1. Uwielbiam styl pisania Grzebałkowskiej!

    High Five? :)
    http://fridayp.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh, "Beksińscy" stoją u mnie na półce od dawna, przeczytani od deski do deski. Tak jak przed przeczytaniem lubiłam starszego Beksa za sztukę, po lekturze kocham obu za osobowości. I zgadzam się jeśli chodzi o styl Grzebałkowskiej; przed biografiami uciekam, bo nudne, bo trudne, ale ta wciąga.
    Bardzo dobry post, pozdrawiam i przy okazji zapraszam do siebie, tematyka również literacka choć pod innym kątem ale mimo wszystko jesteś mile widziana :)
    http://pisarskie-kryzysy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Popularności