Literackie narkotyki - Géza Csáth, "Opium"

13 czerwca

Tym, co w „Opium” przyciąga na pierwszy rzut oka jest – dość nietypowo – życiorys autora. O ile bowiem o treści samych zamieszczonych w zbiorze opowiadań dowiemy się z okładki niewiele, parę określeń dotyczących Gézy Csátha działa niemal jak lep na poszukujące nieco odmiennej literatury muszki.

Géza Csáth, a właściwie Josef Brenner, życie miał bowiem co najmniej interesujące. Robił podczas niego wszystko chyba, co było można – był prozaikiem i dramatopisarzem, muzykiem, krytykiem muzycznym, świetnie zapowiadającym się psychiatrą… A oprócz tego morfinistą, seksoholikiem, a ostatecznie – mordercą i samobójcą.

Opium to nie tylko zbiór opowiadań węgierskiego pisarza – znajdziemy tu także fragmenty jego prowadzonych od dzieciństwa dzienników, a całość zamyka mowa pogrzebowa wygłoszona przez Dezso Kosztolanyiego, węgierskiego pisarza i kuzyna Csátha oraz esej Elżbiety Cygielskiej. Można więc śmiało powiedzieć, że w ramach tej niewielkiej książeczki dostajemy pełny obraz życia i twórczości tego niezbyt u nas znanego artysty. A szkoda, bo znany być powinien!


Opowiadania Csátha łączą w sobie szczyptę bajkowości, sporo sadyzmu – zwłaszcza sceny okrucieństwa wobec zwierząt bywają trudne do zniesienia – i brutalny realizm. Przeważnie pierwszoosobowa narracja pogłębia tylko i tak już obfite wrażenia z lektury. To krótkie, ale bardzo mocne teksty odwołujące się do podświadomości, co nie dziwi, gdy doczytamy, że autor był entuzjastą teorii Freuda. Piękne, okrągłe zdania i zapadające w pamięć obrazy – tego po prozie Csátha możecie się z pewnością spodziewać.

Kolejna część Opium to fragmenty dziennika autora, zgoła odmienne od tego, do czego zdążyły nas przyzwyczaić jego opowiadania – Géza Csáth o swoim życiu pisze dosadnie, bez pomijania pikantnych scen; znajdziecie tu dosłowne opisy stosunków seksualnych, ale także, co dużo ważniejsze, szczegółowo opisany mechanizm uzależnienia. Z dzienników wyczytamy dokładne, odmierzane z lekarską precyzją dawki narkotyku, nieudane próby wyjścia z nałogu i stopniową dominację, jaką obejmuje on nad życiem pisarza. Zdumiewa kontrast pomiędzy tą, a pierwszą częścią książki – chwilami aż trudno uwierzyć, że za obydwie odpowiedzialna jest ta sama osoba, ostatecznie jednak uzupełniają się, dając szczególny obraz osoby, jaką był Géza Csáth.

Za doskonałe podsumowanie służą dwa ostatnie teksty, które przedstawiają pisarza jako osobę obdarzoną olbrzymim talentem, ale zniszczoną ostatecznie przez morfinowy nałóg. Pozwalają także zapoznać się nam z okolicznościami śmierci Csátha i dają inny obraz tego, co działo się z nim w ostatnich miesiącach życia.

Po zamknięciu Opium pozostaje niedosyt. Niedosyt opowiadań, których Géza Csáth pozostawił po sobie zdecydowanie zbyt mało, niedosyt czegoś, co dałoby pełniejszy, kompletny wgląd w życiorys tego niezwykłego pisarza (tak tak, jeśli kiedykolwiek pojawi się biografia Gézy Csátha, będę pierwsza w kolejce). I niedosyt… Węgierskiej literatury, o którą do tej pory nawet się nie otarłam. Kolejna rzecz do nadrobienia, a Rok Kultury Węgierskiej, w ramach którego zostało wydane Opium jest wspaniałym pretekstem.


Spodoba Ci się też:

1 komentarze

  1. Opowiadania są bardzo dobre, zadziwiająco współczesne - część by mogła pójść bez żadnych poprawek do druku jako dziełka autora współczesnego, część wymagałaby jedynie zmiany kilku realiów, najczęściej zawodu bohaterek. O dziwo bronią się nawet teksty bardziej manieryczne, "wyśnione" - jak jest to pisanie o niczym, to jest to bardzo dobre pisanie o niczym. Najsłabsza rzecz z pierwszego segmentu to tytułowe "Opium". Za to dziennik po pierwszych 20 stronach, na których cynizm miesza się jeszcze z komizmem codzienności, jest koszmarny. Trochę mnie ciekawi na ile to "czysta" twórczość Węgra, na ile robota redaktorów i - u nas - tłumaczy (nie tylko jeśli chodzi o dzienniki).

    OdpowiedzUsuń

Popularności