#polskiwrzesień - "Disneyland" Stanisława Dygata

12 września


Poznajcie Marka Arensa, uznanego lekkoatletę i architekta. Marek jest w związku z Agnieszką, ma romans z Heleną, a w myślach wciąż wraca do Jowity - ideału spotkanego tylko raz na balu maskowym. Ale zaraz, czy Agnieszka nie jest przypadkiem Jowitą?

Przyznam szczerze, że dawno żadna książka nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia. A przecież opisana w niej historia to nic niesamowicie odkrywczego, kolejna z wielu książek o temacie Chłopak Spotyka Dziewczynę (choć w tym przypadku raczej: Dziewczyny). Bohater poznaje na balu tajemniczą dziewczynę w przebraniu, zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, ale nieprzewidziane okoliczności nie pozwalają mu poznać imienia ani numeru telefonu wybranki, w wyniku czego musi ruszyć na poszukiwania miłości swego życia... Brzmi znajomo? A w tym tkwi szkopuł, że nie jest.

Bowiem to nie do końca tak jest, że magiczny trójkąt Marek-Agnieszka-Jowita z gościnnym udziałem Heleny napędza tę historię i czyni ją wyjątkową, a wręcz zupełnie nie on. Dużo ważniejsze jest w tej powieści to, jak ustami głównego bohatera Dygat przekazuje nam swoje poglądy na świat i życie - a robi to celnie, przyczynek do dywagacji na temat kobiecej natury znajdując na przykład w stanie łazienki Marka Arensa. To, jak bardzo niektóre z myśli i uczuć opisanych na papierze pokrywa się z tym, co sami odczuwamy i jak trafnie autor podsumowuje ludzką naturę, ze wszystkimi jej przywarami, skupiając się przy tym na szeroko pojmowanym zakochaniu i pożądaniu bywa chwilami aż niepokojące. Bardzo jest ten Dygat chwilami prawdziwy, gorzki i niewesoły, choć dzięki dość lekkiej fabuły czyta się go wyśmienicie. A co ma zostać, zostaje.

Urokliwy jest klimat Krakowa lat 60. - te śniadania z widokiem na Kopiec Kościuszki zostają w głowie, choć nie wysuwają się na pierwszy plan. Trochę szkoda, bo mógłby trochę bardziej „Disneyland” pachnieć tymi czasami... Choć kto wie, czy wtedy przetrwałaby próbę czasu i okazała się równie interesująca dla współczesnej nastolatki, jak wcześniej była dla jej taty. Porwał mnie sposób opisywania rzeczywistości Dygata - oszczędny, nieprzesadnie ozdobny, a trafiający w sedno jak mało która książka. Z pewnością sięgnę po inne jego pozycje - a jeśli okażą się choć w połowie tak dobre, jak „Disneyland”, będę czytelnikiem przeszczęśliwym.



o tytułowym hasztagu słów parę
Skoro umiecie czytać (a pozwalam sobie nieco bezczelnie brać to za pewnik) zauważyliście zapewne, że w tytule dzisiejszej recenzji pojawił się hashtag #polskiwrzesień. O co chodzi? Pan znany w pewnych kręgach jako Wujek Kac (którego bloga możecie poczytać o, tu) wymyślił kampanię wrześniową polegającą na tym, że będzie w tym miesiącu czytał i słuchał tylko polskich rzeczy. Umotywował to bardzo ładnie - że dużo mamy fajnych rzeczy w tym kraju i w sumie czemu by nie? A, że się z nim zgadzam, to też sobie tak we wrześniu będę. O!
W związku z tym parę rzeczów:
-będzie w tym miesiącu spam polskością #patryjotyzm
-jeśli chcecie zaproponować mi jakieś polskie książki/muzykę/filmy - drzwiami, oknami, twitterem i mailem
-przecudownie byłoby, gdybyście się zechcieli dołączyć - w takim wypadku tagujcie się #polskiwrzesień ile wlezie. Znajdziemy.


Spodoba Ci się też:

3 komentarze

  1. Za taga miłość wielka, a na LC muszę sobie założyć półkę "Hania poleca", bo w "chcę przeczytać" i "do zdobycia" mi się te Twoje cudowności wszystkie pogubią kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ramach pocieszenia, że musisz tych półeczek trzaskać, dodam, że Dygata pewnie łatwo dostaniesz w antykwariatach po śmiesznych cenach - ostatnio przypadkiem zakupiłam kolejną jego książkę za całą złotówkę :P.

      Usuń
    2. W Tarnowie mamy takie dwa prawdziwe antykwariaty, z czego jeden otwarty tylko przez pół roku. W czwartek podejdę i zobaczę czy coś jest. :P

      Usuń

Popularności