#polskiwrzesień Hanna Krall - "Zdążyć przed Panem Bogiem"

14 września


Z czytaniem klasyki zawsze wiąże się dla mnie pewien specyficzny rodzaj strachu. Boję się, przede wszystkim, rozczarowania. Kawałeczek legendy umiera za każdym razem, kiedy Książka, taka przez duże K, a może i duże S, książka, o której się tyle słyszało i czytało, że ważna, że świetna, że życia zmienia, że Kanon, Klasyk i Wielkie Dzieło - kiedy taka książka okazuje się być czymś, co w najlepszym razie wydaje nam się po prostu mdłe. I prawdopodobnie to z tego powodu do czytania „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall, dziełka kojarzącego mi się jako klasyka klasyk polskiego reportażu zabierałam się z pośpiechem, który zawstydziłby niejednego leniwca. A nie trzeba było.

Jednakże brak entuzjazmu niejedno ma imię - z tym moim związany był także temat książki Hanny Krall. I nie chodzi tu nawet o to, że powstanie w getcie warszawskim nie jest tematem ani łatwym, ani przyjemnym; obawiałam się, że opowieść ta, w wyniku polskiej przypadłości gloryfikowania wydarzeń drugiej wojny światowej będzie kolejnym eposem opiewającym bohaterstwo powstańców, ładną pocztówką niewymagającą refleksji, choć może brutalną i nieszczędzącą krwawych szczegółów. A jest, na szczęście, wręcz przeciwnie, ale może zacznijmy od początku.

Zdążyć przed Panem Bogiem” to przede wszystkim wywiad z Markiem Edelmanem, jednym z przywódców powstania, które w 1943 roku wybuchło w warszawskim getcie, a po wojnie - kardiologiem. I choć wydawać by się mogło, że dla reporterki ważniejsza będzie pierwsza część jego życiorysu, nie traktuje ona lekarskiej kariery Edelamana po macoszemu. Jest więc to w równym stopniu książka o umieraniu (Porządek historyczny okazuje się być tylko porządkiem umierania.) jak i o życiu i o ratowaniu tego życia, tytułowym zdążaniu przed Panem Bogiem. Przede wszystkim wywiad - ale nie tylko. W, nazwijmy, treść właściwą reportażu wkradają się bowiem dopiski, które pozwalają niejako zajrzeć za jego kulisy; Hanna Krall pisze o listach, jakie otrzymywała w związku ze swoją książką, o rozmowach, które towarzyszyły jej powstawaniu, a tym samym trafnie podsumowuje nasze podejście do czasów wojennych, to, jak wielka jest w nas potrzeba, by tamte wydarzenia idealizować i jak wiele szczegółów jesteśmy w stanie w tym celu zmienić czy zupełnie przemilczeć. I to zarówno my, współcześni, dla których II wojna światowa jest już tylko odległym cieniem, jak i ci, dla których stanowiła być może najważniejsze wydarzenie życia.

A jednak, mimo braku patosu i odarcia z wszelkiej mitologii, udaje się Hannie Krall opowiadać o powstaniu z godnością. Bez bajdurzenia o moralnym zwycięstwie, a tylko o ludziach, którzy wiedząc, że śmierć jest nieunikniona chcieli swoją śmiercią coś pokazać światu. Bardzo ważne jest też to, jak sam bohater książki opowiada o swoim udziale w powstaniu - nie stawia siebie w centrum akcji, a wręcz odsuwa je od siebie opowiadając o innych, najczęściej bezimiennych powstańcach. Ani on, ani reporterka nie zasypują nas też tonami liczb, gdy już decydują się je podać, to tylko z zastrzeżeniem, że to ponieważ ludzie lubią liczby... I to różni ten reportaż od większości rzecz, jakie możecie przeczytać o powstaniu w getcie czy o II wojnie światowej w ogóle - jest dużo mniej sucha, a bardziej bezpośrednia. Uwiera, boli, nie pozwala zapomnieć.

A zostawiając już warstwę fabularną, o której pisać by można dużo, dużo więcej, choć to tylko nieco ponad sto stron (zauważyłam ostatnio śmieszną zależność - im książki krótsze, tym dłuższe moje recenzje); język. A ten jest u Hanny Krall czymś świetnym, szczerze mówiąc nie wiedziałam wcześniej, że tak w ten reportaż można. Jest krótko, niesamowicie zwięźle, ascetycznie wręcz, a jednocześnie wymownie i artystycznie. A przy tym, gdy przychodzi do wywiadu, jest jako strona pytająca niemal transparentna, dużo więcej słucha, niż pyta. W odniesieniu do strasznych wydarzeń, które opisuje nie porywa się na sądy, nie daje czytelnikowi w żaden sposób poznać swoich odczuć czy poglądów. Pisze tylko o pamiętaniu.

Dużo więcej czasu, jeśli zdecydujecie się „Zdążyć przed Panem Bogiem” przeczytać, zajmie Wam myślenie o tej książce, niż samo jej czytanie. Bo tak naprawdę te sto stron to jedno dłuższe posiedzenie z książką, a posiedzieć warto. Bardzo, bardzo warto. Nie dlatego, że to książka fajna, bo określenia typu fajna-niefajna nie chcą się przy takim temacie przecisnąć przez gardło. Wielu mówi, że trzeba, ja tak nie uważam, bo jedyne, co względnie trzeba, gdy idzie o czytanie, to lektury szkolne (chociaż to akurat jest lektura, więc obawiam się, że prędzej czy później możecie nie mieć wyboru). To po prostu autentycznie dobra, poruszająca ważny temat książka, chwilami nawet nie reportaż, ale po prostu (aż) literatura.

Gdybyście przypadkiem nie wiedzieli, o co chodzi z tym całym hasztagiem, zapraszam tu - tłumaczę.


Spodoba Ci się też:

3 komentarze

  1. Po pierwsze- świetna okładka. Pamiętam, że przed maturą czytanie lektur było zmorą w czystej postaci. Obok węglowodorów, genetyki i roślin okrytonasiennych, trzeba było wcisnąć jeszcze książki fabularne. To była jedna z nielicznych, które przeczytałam wtenczas, mało tego - dwa razy. I racja- moje myśli lawirowały wokół tego wywiadu dobrych kilka dni, mimo, że nie jest on obszernych rozmiarów. To, jak heroicznie walczył o zmiany w układzie krwionośnym którejś z kobiet zszokowały mnie na tyle, że coraz częściej myślę o kardiologii. No po prostu wielopłaszczznowa książka, tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      A ja sobie do tych węglowodorów i innych przyjemności dołożyłam jeszcze dodatkową porcję lektur, no ciekawie, jak to będzie... I faktycznie - zachęca do kariery kardiologicznej jak nic, co do tej pory przeczytałam.

      Usuń
  2. Oh jedna z ciekawszych lektur w mojej trzeciej licealnej klasie, jakie miałam. Może ktoś mnie nazwać sadystką, ale uwielbiam książki z tego okresu. Zgadzam się z tobą absolutnie co do oceny książki. to jest tak zwany MUST HAVE dla osób, które zaczynają pisać reportaże, czytać książki z tego okresu, ale w sumie każdy. Takie książki uczą człowieczeństwa i zrozumienia. Pozdrawiam!
    zapraszam do siebie KLIK

    OdpowiedzUsuń

Popularności