Taka Polska - "Miasto Archipelag" Filipa Springera

24 października



Chełm, Biała Podlaska, Tarnów, Słupsk, Wałbrzych... I jeszcze dwadzieścia sześć innych miast, dla mnie i ludzi w moim wieku – po prostu niepowiązanych ze sobą punktów na mapie. Nie załapaliśmy się na to, co w oczach starszych od nas łączy te miejsca, na reformę z 1999 roku, w wyniku której przestały one być miastami wojewódzkimi. Nie urodziliśmy się wystarczająco wcześnie, by dotknęła nas zmiana sama w sobie, ale nie przeszkadza nam to widzieć i odczuwać jej skutków, nawet, jeśli nie mieszkamy w żadnym z miast springerowego Archipelagu.

Podróż, którą odbył Springer i z której zapiski zebrane są w Mieście Archipelagu to przede wszystkim podróż po miastach upadających. Takich, z których raczej się wyjeżdża, w których nie chce się mieszkać. Ilustruje to zresztą ładnie już tabelka na pierwszej stronie książki – spośród trzydziestu jeden ośrodków miejskich tylko w trzech liczba ludności nie spadła gwałtownie na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, gwałtownych wzrostów nie sposób uświadczyć. Ludzie te miasta opuszczają, dlaczego? Zdaje się, że na to właśnie pytanie próbuje odpowiadać Miasto Archipelag.

Upadające fabryki i kopalnie, prywatyzacja, rosnące bezrobocie – pisanie o tym wszystkim powinno być przesiąknięte smutkiem, można by się spodziewać czegoś w rodzaju krzyku rozpaczy, a taki krzyk byłby dość trudny do zniesienia przez trzysta stron... Na szczęście jednak Springer nie zamyka się w pokazywaniu, jaka ta nasza Polska brzydka i nieprzyjemna, i spomiędzy szarych blokowisk przebija czasem promyczek nadziei – coś o ludziach, którzy w te swoje miasta wierzą, którzy gdzieś tam budują coś z niczego. O tych ludziach i o tym, że małe miasta potrafią być dużo bardziej przyjazne ludziom, że warto coś robić „na swoim” pisze może nie tak często, ale pisze. I to sprawia, że reportaż nie pozostawia po sobie gorzkiego posmaku, jakiego przecież można by się spodziewać odbywszy wycieczkę po zapomnianych przez Boga i ludzi zakamarkach Polski. Wrażenie jest zgoła inne i najlepiej oddaje je pojawiający się na okładce przymiotnik – migotliwy. Taki właśnie jest stworzony przez reportera obraz Polski mniejszych miast, niejednoznaczny, nie do końca wesoły, a mimo to – żywy i stale ewoluujący.

Technicznie jest to: dwadzieścia pięć rozdziałów ujmujących poszczególne miasta z różnych perspektyw – a to przez pryzmat jakiejś osoby, czasem dzielnicy, instytucji, a to biorąc kilka na raz i opowiadając o łączącym je problemie – poprzecinanych krótkimi notatkami z drogi, drobiazgami, które uprzyjemniają nam podróż. Na początku trudno jest połapać się w tym, o co właściwie autorowi chodzi, poszczególne historie wydają się niepołączone ze sobą w żaden sposób i do wspólnego mianownika (którego oczywiście z nazwy nie wymienię, bawcie się sami) dochodzimy dopiero z czasem, snując się wraz ze Springerem po ulicach i zakamarkach tych dziwnych miejscowości. A do tego wszystkiego są jeszcze zdjęcia wykonane przez autora i ładnie (chociaż „ładnie” w przypadku zdjęć odrapanych bloków może nie być najtrafniejszym przymiotnikiem) uzupełniają lekturę, otwierając oczy na to, czego sami nie mielibyśmy ochoty umieścić na zdjęciach – na przykład na smutne skierniewickie rowery nazwane trafnie najsmutniejszymi rowerami świata.

Miasto Archipelag nie wzięło się znikąd – jako książka jest właściwie podsumowaniem noszącej tę samą nazwę akcji, był blog, na którym Filip Springer na bieżąco relacjonował swoją podróż po Polsce, był magazyn na Flipboardzie, w ramach którego mieszkańcy byłych miast wojewódzkich dzielili się tym, co się u nich dzieje. Trochę inne podejście do samego tworzenia książki sprawia, że inna jest także w odbiorze – po uzupełnieniu internetowymi materiałami staje się czymś jeszcze szerszym i bogatszym. A jeśli chcielibyście poczuć się zachęceni do kupna tej książki, zajrzyjcie po prostu na bloga, poszperajcie trochę. Ostrzegam tylko – to naprawdę działa!

Prywatyzacja, malejąca liczba mieszkańców i smutne bloki… Gdyby się tak nad tym zastanowić, szybko możemy dojść do wniosku, że i my mieszkamy w jednym z miast Archipelagu, nawet, jeśli nasza miejscowość nigdy nie nosiła miana stolicy województwa. Ja w swoim mieście odnalazłam wiele cech łączących je ze Słupskiem czy Kaliszem, te same problemy, bolączki i te same przebłyski nadziei. Czy wszyscy jesteśmy z Archipelagu? Tego nie wiem, wiem za to, jak możesz się przekonać, czy Ty też. I zachęcam, bo to jeden z tych przypadków, gdy naprawdę warto.


Zdjęcie w grafice okładkowej pochodzi ze strony http://miastoarchipelag.pl/.

Przy okazji - zbieram odpowiedzi w ankiecie, która posłuży mi do zmonotowania artykułu o sposobie wydawania książek. Masz 3 minutki? To zapraszam tu.

Spodoba Ci się też:

2 komentarze

  1. W 1999 byłem na przełomie starszaków i zerówki. Kompletnie nie pamiętam całej tej reformy, a szkoda, bo ciekawi mnie teraz jak to wszystko wtedy wyglądało. Pamiętam za to jak kilka lat temu moją wioskę i kilka innych chciano podciągnąć pod jeden z tych springerowskich Archipelagów, by miasto dostało więcej pieniędzy na rozbudowę, które poszły by w centrum. Po co tylko rozbudowywać miasto, z którego wszyscy wyjeżdżają? Nie mam pojęcia, ale wiem, że się jednak na tę książkę skuszę (o ile znajdę gdzieś w przystępnej cenie, bo ta okładkowa mnie przeraża).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się w '99 właśnie rodziłam, więc tym bardziej nie pamiętam niczego kompletnie :P.
      O Twoich okolicach jest w książce Springera calutki rozdział, fajnego mieliście architekta w tym całym Tarnowie. A cel rozbudowy jest pewnie taki, żeby przestali wyjeżdżać, a nawet - zaczęli przyjeżdżać.
      No i fakt, cena na okładce jest dość straszna (na Targach w Katowicach upolowałam ją za "jedyne" 43, więc cudów nie ma) ale pamiętaj, że to spora, porządnie wydana książka z kolorowymi zdjęciami.

      Usuń

Popularności