SIĘ - wrzesień

03 października



Się co? Się czytało. Się oglądało. A oprócz tego się było, się widziało, się udział brało. Tak, to SIĘ to rodzaj podsumowania miesiąca na blogu, a, że we wrześniu nawet jest co podsumowywać, to podsumujemy. Trochę o książkach, trochę o filmach i o innych rzeczach też odrobinkę. Bardzo proszę!


SIĘ czytało

Wydawało mi się, że wrzesień był w mojej karierze nałogowego czytacza miesiącem raczej słabym, więc podczas liczenia spotkało mnie zaskoczenie - okazuje się, że przeczytanych przeze mnie książek jest aż 8 (dwie mają poniżej stu stron, a trzecia niewiele powyżej, ale cichosza). Przypominam przy okazji, że wrzesień tegoroczny to był właściwie #polskiwrzesień, o czym pisałam już trochę wcześniej przy okazji recenzji Disneylandu Stanisława Dygata. Miałam czytać w jej ramach tylko polskie książki... A wyszło jak zwykle i w czytelniczy jadłospis wkradło się jedno nazwisko włoskie i jedno francuskie. Ale zanim, co nieco o tych polskich:

Disneyland Stanisława Dygata czyli Zachwycik Miesiąca - książka, która spodobała mi się bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo i jeszcze trochę bardziej. Więcej i z użyciem szerszego zakresu słownictwa zachwycam się nią w recenzji.

Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall - krótki reportaż, którego nieprzeczytanie swędziało mnie już od jakiegoś czasu, jak się okazało, słusznie, bo to ważna rzecz. I skłoniła mnie do napisania nieprzeciętnie na moje standardy długiego posta, którego znajdziecie tutaj.

Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego to z kolei powieść, która, rekomendowana mi wiele razy, nie zrobiła na mnie oczekiwanego wrażenia. Nie napisałam i nie napiszę jej recenzji zaś z tej prostej przyczyny, że nie wiem, dlaczego właściwie nie spodobała mi się szczególnie. Bo niby się wszystko w konstrukcji zgadzało, niby było mądre i poważne, a spłynęło po mnie jak woda po kaczce. Być może wrócę do tej książki za jakiś czas by przekonać się, czy najzwyczajniej nie trafiła na niewłaściwy moment.

Elektronowy miś i Człowiek z aureolą to dwa króciutkie zbiory opowiadań różnych polskich twórców, które kupiłam dość impulsywnie i głównie ze względu na ciekawe okładki i niewysoką cenę. Czyta się je, ze względu na niewielką objętość szybciutko i względnie przyjemnie, choć ich jakość jest raczej nierówna - podczas, gdy niektóre charakteryzują się wyraźną i nawet całkiem odkrywczą fabułą, inne są tylko niewyraźnymi futurystycznymi migawkami. Dobre, by odpocząć od cięższych gatunkowo lektur.

Cesarz i Szachinszach Ryszarda Kapuścińskiego to kolejne po twórczości Hanny Krall bardzo udane spotkanie z polskim reportażem. Pełne z niego sprawozdanie zobaczycie - mam nadzieję - wkrótce.

Do tego odrobinka nieprzepisowych, zagranicznych lektur czyli:

Poznawanie cierpienia Carla Emilia Gaddy - trudna, choć obfitująca w przyjemne niespodzianki opowieść o trudnej relacji na linii matka-syn. Pełną recenzję znajdziecie tu.

O szczęściu: podróż filozoficzna Frederica Lenoir - jak sam tytuł wskazuje, podróż po doktrynach filozoficznych w poszukiwaniu odpowiedzi na jedno z Ważnych Pytań, a mianowicie: jak być szczęśliwym? Więcej o tej wyprawie już niebawem.
[APDEJT: "niebawem" nadeszło i o tej książce możecie przeczytać tutaj

SIĘ oglądało

Z takich, o których pisać więcej nie będę, oglądało się Ant-ManaMrocznego RycerzaAvengers: Czas Ultrona czy znanego i kochanego Władcę Pierścieni czy Edwarda Nożycorękiego. A oprócz tego, z racji, że ten polski wrzesień, oglądnęło się parę całkiem ciekawych filmów polskich:

Skubnęłam odrobinę Kieślowskiego, dodając do wcześniej obejrzanego Niebieskiego kolejny z Trzech Kolorów - Biały i Gadające głowy. Na krytykę żadnego z tych przecież już szeroko omawianych filmów się nie porwę, a powiem tylko, że szczególnie Gadające głowy zasługują na odrobinę uwagi, jeśli jeszcze nie udało Wam się ich obejrzeć; dobrze wykorzystane 14 minut gwarantowane.

Udało mi się w końcu obejrzeć także nasz wielki oscarowy sukces międzynarodowy - mowa oczywiście o Idzie, w której zaskoczyła mnie przede wszystkim warstwa estetyczna; nie spodziewałam się po tym filmie tak pięknych kadrów i wspaniałej gry świateł. Od strony wizualnej - perfekcja. Od strony fabuły natomiast kolejne zaskoczenie - Ida jest cicha, kameralna, raczej skłaniająca do refleksji niż wyciskająca łzy z oczu. Może nie arcydzieło, ale warto.






W oczekiwaniu na głośno reklamowany Wołyń wzięłam się też za oglądanie Smarzowskiego - na pierwszy ogień poszła Róża. Boleśnie wręcz brutalna, krwawa jak cholera, ale krwawa w sposób znacznie bardziej realistyczny, niż ketchupowe horrory o kosmitach. Nie ogląda się przyjemnie, bo i nie o przyjemne kino familijne tu chodziło. Do obejrzenia, do przemyślenia, do docenienia tego, co się ma.





Za Letnie przesilenie wzięłam się z kolei głównie z ciekawości, co wyniknie z filmu koprodukcji polsko-niemieckiej o czasach II wojny światowej. A to, co wynikło jest całkiem interesujące - film, w którym koszmar wojenny zostaje właściwie zepchnięty na dalszy plan, a w którym głównym tematem staje się normalne, codzienne życie i dorastanie pod okupacją. Trochę nieszablonowy, bo znajdziemy w nim tych dobrych i tych złych po obu stronach barykady. Bez patosu, prawie bez pościgów i wybuchów, chwilami wręcz leniwie. Inaczej.





W tym momencie powinno prawdopodobnie nastąpić coś w rodzaju październikowego TBR. Niestety, jako człowiek żyjący życiem prawie całkowicie nieplanowanym jestem w stanie powiedzieć Wam tylko tyle, że jutro idę sprawdzić na własne oczy wszystkie pozytywne recenzje, jakie zebrała „Ostatnia rodzina”, a przede mną leżą gotowe do rozpoczęcia „Ślady” Jakuba Małeckiego. Reszta, jak zwykle, okaże się w trakcie.

Spodoba Ci się też:

0 komentarze

Popularności