Zróbmy sobie zimę na początku lata

13 maja


Kiedy obszedłem wzgórze, zobaczyłem światło w naszym młynie, różowe, zapraszające. Lampa pali się w małym okienku od zachodniej strony, które wykuto w grubej trzystuletniej kamiennej ścianie. Wspaniale stąd widać zachód słońca w czerwcu. A wczesnym zimowym wieczorem oświetlony wykusz wskazuje drogę wracającym domownikom. (William Wharton „Wieści”)

Trzeba być troszkę nienormalnym, żeby skoro tylko słońce zaczyna przygrzewać choć trochę bardziej, brać do ręki książkę, która na okładce ma bombkę. Taką bomkę bożonarodzeniową, z całą jej świątecznością i grudniowatością. Jeśli jednak nie razi Cię taki rozdźwięk klimatyczny, zaszyj się w cieniu i wybierz się ze mną do starego młyna w dolinie Morvandeau. Ze mną i z „Wieściami” Williama Whartona.

Najciekawszy i jednocześnie najtrudniejszy do uchwycenia jest w „Wieściach” klimat - cały czas oscylujemy tutaj między zachwytem codziennością, w wyrażaniu którego Wharton jest mistrzem, a niepokojem i napięciem przesycającym niemal każdą stronę powieści. Zarówno narrator-filozof, jak i cała jego rodzina - żona, dwie córki i dwóch synów - to ludzie do tego stopnia zdolni dostrzegać otaczające ich piękno i doceniać je, że balansują często na granicy egzaltacji. Zastanawiam się właściwie, czy granicy tej nie przekraczają którymś kolejnym radosnym okrzykiem spowodowanym widokiem padającego śniegu, którymś kolejnym wspólnym spontanicznym tańcem. Możemy zrzucić to na karb magii świąt, a możemy jednak nieco się dziwić tak wielkiemu nagromadzeniu wyjątkowości.

Przyczyny drugiej ze składowych nastroju, tego dziwnego zagęszczenia klimatu, odkrywamy w miarę rozwoju akcji, a w pełni zostają przed nami postawione, gdy pałeczkę narracyjną przejmuje najpierw Lor - żona głównego narratora, a następnie kolejno każde z dzieci pary. Każdy z bohaterów powieści ma własne rozterki, każdy stoi na swego rodzaju życiowym rozstaju i - mimo wielkich ku temu chęci - żadnemu z nich nie udaje się wszystkich swoich niepokojów zostawić za drzwiami młyna i odciąć zupełnie dzięki świątecznej atmosferze. W sferze pokazywania różnorodnych reakcji na stres i presji udawania mimo niego radości i beztroski, Wharton radzi sobie doskonale - każdy z jego bohaterów w odmienny sposób przenosi swój bagaż emocjonalny na grunt rodzinny. I to właśnie jest w tej powieści najbardziej wartościowe - możliwość obserwacji tygla ludzkich osobowości przedstawionych w sposób na tyle realistyczny, że jesteśmy w stanie uwierzyć w ich reakcje i sposoby rozumowania.

Możliwość tę zapewnia w znacznej mierze pierwszoosobowa narracja całości ze zmieniającą się perspektywą. Narracja która, mimo swojej przydatności, sprawia mi problem. Mimo dobrej konstrukcji psychologicznej bohaterów nie mogłam się bowiem pozbyć wrażenia sztuczności - niektóre ze zdań rzucanych przez narratora wydawały mi się zbyt ekspozycyjne, inne znów nieco zbyt głęboko autorefleksyjne, jak na myśli związane z bieżącymi wydarzeniami. Być może jest to kwestia niedocenienia kreacji głównego bohatera, filozofa i wykładowcy akademickiego, być może po prostu nie trafia do mnie Whartonowski sposób pisania. Rzadkie to jednak i dziwne doświadczenie, by bohaterowie byli w mojej ocenie przekonujący, narracja natomiast - nie.

Miłośnicy Wollenheimów i tym podobnych będą natomiast zachwyceni stopniem zespolenia z naturą, jaki oferują „Wieści”. Nie tylko oni zresztą - Wharton po prostu pisze bardzo ładne, klimatyczne opisy i w całej powieści jest tych opisów sporo, byśmy w pełni mogli wchłonąć senną atmosferę francuskiej doliny. Nie trzeba być nawet opisowym fetyszystą, by ten urok docenić, bo nie są to rozwleczone na dziesięć stron rozważania dotyczące koloru liści, a raczej kilkuzdaniowe akapity wybarwiające świat powieści. Opisowość przenosi się u Whartona również - co z kolei może sprawić niektórym problem - na sferę seksualną; w aktach jest bardzo dosłowny, podobnie, jak Haruki Murakami w „Norwegian wood”, choć w znacznie mniejszym natężeniu, bo scen erotycznych w całej powieści znajdziemy raptem trzy. W moim odczuciu dobrze komponują się one z całością i sprawiają bardzo naturalne wrażenie, w czytelniku przyzwyczajonym do obchodzenia sfer seksualnych  szerokim łukiem metafor mogą pozostawić jednak niesmak, zwłaszcza, że ostatecznie jednym z ważniejszych problemów poruszonych w powieści okazuje się seksualność właśnie.

 „Wieści” to na pewno nie jest typowa powieść świąteczna, choć może pomóc w poczuciu przedświątecznej aury, nawet, jeśli poza stronicami książki akurat będziecie mieć - jak ja tym razem -maj i zapach bzów. To interesująca, choć nie idealna krótka powieść stanowiąca dobry punkt wyjścia do przemyśleń - o wartości życia rodzinnego, o budowaniu trwałych relacji i o względności relacji w ogóle. Ma swoje wady, nie jestem więc w stanie polecić jej każdemu, myślę jednak, że warto ją przeczytać.

PS wciąż jeszcze nie dotarłam do najbardziej polecanej z powieści Whartona, czyli  „Ptaśka”, bardzo mnie jednak ciekawi, co sądzicie o niej lub o innych książkach tego autora, z którymi zdarzyło Wam się zetknąć - ja na swoim koncie mam jeszcze tylko „Spóźnionych kochanków”, o których, jeśli uda mi się ich kiedyś powtórzyć, z chęcią napiszę coś więcej, wydają mi się bowiem nawet ciekawsi od omawianych dzisiaj „Wieści”.


zerknij też tutaj:

0 komentarze

(popularności)