harcerstwo

10 powodów, żeby zostać harcerzem - HarcHanna #1

26 września



Zauważyłam ostatnio, że tu niemal o wszystkim, oprócz tego, co od pięciu lat pochłania sporą ilość mojego czasu i myśli - harcerstwa. Zgadza się, swoją przygodę ze szlachetnym Związkiem Harcerstwa Polskiego zaczęłam mając lat aż trzynaście i od tego czasu miałam okazję zobaczyć wiele stron harcerskiej działalności, choć nie łudzę się, że wszystkie. No więc, mogę i chyba nawet chcę pisać o harcerstwie. A Wy możecie to czytać. I mam nadzieję, że chcecie.

esej

Wielkie nadzieje, czyli o "Podwójnej tożsamości bogów" Michała Cetnarowskiego

23 września



Nakręciłam się na tę książkę niesamowicie - w czasach (smutno przyznać, ale jednak) z wolna zdychającej eseistyki, cały jej pękaty tom poświęcony na domiar dobrego tematowi tak barwnemu i szerokiemu, jak kultura popularna - nic, tylko brać i czytać! Zwłaszcza, że na wstępie autor obiecuje swego rodzaju przeglądowość, określając tomiszcze mianem stanu gry na rok 2017. Brzmi zacnie. A jak się czyta?


Aura Xilonen

Mejksykańska Masłoska - o "Jankeskim fajterze" Aury Xilonen

16 września




Okładka jest... Podejrzana. No bo, jeśli się jest kimś (mną) kogo nie bawią biografie sportowców, to ten agresywnie wyglądający pan z rękawicami na równie agresywnym tle raczej nie wróży dobrze. Ale ale, nie skreślajmy od razu, zajrzyjmy na tę stronę okładki, która zazwyczaj więcej mówi o książce, a tam: Jakby skrzyżowanie Doroty Masłowskiej z Eduardem Mendozą przenieść na pogranicze amerykańsko-meksykańskie. Czyli - intrygująco na tyle, że nawet, jeśli nie jest się fanem szczególnym Masłowskiej tudzież Mendozy (to znowu ja), aż bierze chętka, żeby sprawdzić, co z tego szalonego miksu wynika. No właśnie, co wynika?

książki

Żegnaj nam, sezonie ogórkowy, czyli czym dobrym księgarnie raczą we wrześniu

04 września


Jak pisałam poprzednio, tyle dobrze zapowiadających się rzeczy ma wjechać do księgarni w tym miesiącu, że aż w obowiązku się człowiek czuje coś o tym kolorowym stosie napisać. I chociaż nie dostałam od Was żadnego internetowego sygnału, że byście coś takiego chcieli, wczoraj od jednego człowieka usłyszałam, że owszem. I to mi starcza. A więc, drodzy, zupełnie subiektywny i niezupełnie uporządkowany wybór najciekawiej rokujących premier wrześniowych.

filmy

trochę jakby SIĘ wakacyjne, trochę melancholia jesienią, trochę zapowiedź tego, co dobre

03 września


Przyznam się już na wstępie, że formułę tego posta bezczelnie podkradam jednemu z moich ulubionych blogów. Tyle, że u Małgosi były numerki, a u mnie, w ramach innowacji, myślniczki będą. Bo raz na jakiś czas jednak trzeba zmiksować wszystko ze wszystkim i napisać trochę o niczym, a może jednak bardziej o czymś. Wszystkie te ładne słówka w kolorze miętowym są jak najbardziej do klikania i bardzo polecam to czynić, bo kryją się tam ciekawe rzeczy.

II wojna światowa

Bazie, a jakby Harenda - „Schodami w górę, schodami w dół” Michała Choromańskiego

26 sierpnia



Zakopane było jednym z najważniejszych punktów na mapie młodopolskiego artysty - swoboda tworzenia, jakiej dostarczało podhalańskie środowisko, idealistyczny patriotyzm i fantastyczny tatrzański folklor - to wszystko sprawiło, że akurat tam ściągali tłumnie najwięksi tych czasów. Sienkiewicz, Witkacy, Żeromski - wszyscy oni  przyjeżdżali do Zakopanego tworzyć, dyskutować i - jak to zwykle z bohemą bywa - robić zamieszanie.

Jakub Małecki

Wsi... Spokojna? - o "Dygocie" Jakuba Małeckiego

24 sierpnia



Zrobić z jakiejś zadupiatej wsi polskiej drugie Macondo (a prawda jest taka, że po Stu latach samotności się już zawsze tego drugiego Macondo trochę szuka) - ot sztuka! A nawet - Sztuka, a o Dygocie można spokojnie pisać, że to Dzieło, bo rzadko kiedy coś się tak wybitnie udaje. Przy zachowaniu jeszcze tej przaśnej swojskości, tego czegoś, dzięki czemu wiemy, że nie można było tej książki napisać gdziekolwiek - bardzo rzadko. Nie jest to oczywiście drugi Pan Tadeusz, ale może i mógłby, gdyby był dłuższy.


Bieszczady

Wojaże #3 - Odpocząć, ale tak naprawdę, czyli jak to jest rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady

18 sierpnia



Plan był taki, że Chata będzie naszą bazą wypadową. Jadąc na tydzień nie chcieliśmy przez cały ten czas w niej tkwić, raczej zostawić po prostu bagaże i wyłazić na bieszczadzkie szlaki, zażywać świeżego powietrza, generalnie - ruszać się. Ale w momencie, gdy weszliśmy do sali kominkowej Chaty Socjologa wiedziałam, że tak znowu szybko się stamtąd nie ruszymy.

koty

Kot nie tylko w pustym mieszkaniu - "Koty. Podręcznik użytkownika" Tomasza Majerana

16 sierpnia



Wciąż nie wiem do końca, jak to działa, dlatego też nie umiem zapobiegać, ale fakty są następujące: kiedy widzę w księgarni pozycję dotyczącą kotów, kociarstwa bądź kociarzy należącą do szeroko rozumianej beletrystyki, bądź, nie daj borze, poezji, mój portfel otwiera się na oścież i niemal wyskakuje z kieszeni. W kierunku kasy. I kończy się zawsze tak samo - on zrzuca zbędne kilogramy (ocierając się chwilami o anoreksję, ale co tam), a ja dociążam półki.



Nic więc dziwnego, że dostrzeżona w MOCAKu (o piękna mocakowa księgarnio, którą wykupiłabym w całości gdyby mnie stać było!) pozycja szybko zasiliła moje zbiory. Bo ma na okładce słowo KOTY wypisane ogromniastą czcionką, a do tego jeszcze rysunek kota, żeby nie można było pomylić z psem na przykład. A do środka zajrzałam (bo czasem jednak do książek przed zakupem zaglądam) i ujrzałam zgrabną parafrazę Kochanowskiego. I jakże tu nie brać!

Strukturalnie - Koty. Podręcznik użytkownika to 19 lekcji plus bonus ukryty w innym miejscu (ale gdzie, tego już nie powiem, szukajcie!), wszystko opatrzone ślicznymi, monochromatycznymi rysunkami Poli Dwurnik (swoją drogą, ta Pani robi śliczne rzeczy, parę lat temu wydała na przykład przepiękną i zasmucająco drogą książkę). Lekcje, jak napisano, są lekcjami użytkowania kota... Emm... Wszyscy wiemy dobrze, że tak to nie działa - jeśli ktoś tu kogoś użytkuje, to raczej kot właściciela. Zdecydowanie. No i o tym to jest.


Kot w wydaniu Majerana jest bardzo koci. Nie ma w nim nic z tej uroczej, puchatej kuleczki czy nawet kota w pustym mieszkaniu tęskniącego za właścicielem. Oj nie! Jedyne, za czym może kot tęsknić, to porządny plaster szynki. Ta wredna, wyniosła bestyjka panosząca się w M4 niczym tygrys w dżungli to jednocześnie kanaporosły filozof i idiota goniący za własnym ogonem. Dokładnie to, co wszyscy użytkowani przez koty miewają na co dzień. I dokładnie to, czym jesteśmy sami trochę, choć wiadomo - w innej skali.

Zaskakująco zręcznie i porywająco, prześlizgując się po wierszach, które mogą nam się wydać skądinąd znane - bo jest tu wspomniany już wcześniej Kochanowski, jest Szymborska (tak, z kotem w sami-wiecie-czym), ale także na przykład Dylan Thomas czy René Magritte ze swoją fajką - prowadzą nas te lekcje przez wszystkie, nawet te mniej przyjemne punkty kociego żywota. Jest więc o sterylizacji, o podchodach do lodówki, o marcowych szaleństwach, a także o tym, co z perspektywy kociarza porusza najmocniej - o starzeniu się i odchodzeniu. Jest jeden, w ktorym perspektywa na moment się zmienia (to właśnie tego macie szukać po kątach, gdy dorwiecie ten tomik w swoje ręce) i poznajemy uczucia posiadacza (czy też posiadanego przez) kota. Ten doprowadził mnie do płaczu.

Niezależnie od tego, czy kota macie, mieliście, planujecie mieć w najbliższej lub dalszej przyszłości, czy nawet - kotów nie lubicie (jakże tak można) i nie rozumiecie, możecie brać się za Koty. Podręcznik użytkownika. Będąc kociarzem zobaczycie w tym tomiku wierne odbicie swojego pupila, jako kociarz-aspirant zrozumiecie lepiej, z czym to się je. A jeśli kotów (no naprawdę?) nie kochacie, to może po tych wierszach pokochacie. Niezależnie zaś od wszystkiego nieźle się ubawicie i będziecie mieli coś ładnego do postawienia na półce.

Uwaga tylko! Pada tam parę słów z jakiegoś powodu uważanych za niezbyt ładne (tak, jakby to kogokolwiek obchodziło).

Ikona wykorzystana w grafice okładkowej pochodzi z kolekcji Strokeicon w Noun Project. Cała reszta to moja wina.

film

Każda jest Sitą - "Sita śpiewa bluesa"

14 sierpnia



O tym, że animacje są nie tylko dla dzieci, wiemy już chyba od czasów Włatców Much. Ale serio - animacje dla dorosłych nie muszą być dla dorosłych tylko ze względu na świńskie żarciki. Mogą poruszać tematy tak samo ważne i często trudne jak filmy aktorskie, ale - ze względu na to, że są animacjami właśnie - czynić je bardziej przystępnymi i nieco mniej trudnymi w odbiorze. I właśnie to Sita śpiewa bluesa czyni doskonale.

książki

Tajemnicze lektury, Houellebecq po polsku? - czyli "Na linii świata" Manueli Gretkowskiej

12 sierpnia



Miło czasami zgarnąć z antykwariatu jakąś książkę zupełnie nieznaną, kierując się tylko tytułem, okładką czy nawet ogólnym przeczuciem i taką rzecz sobie przeczytać, bez bagażu oczekiwań, ocen i opinii innych ludzi, znajomości innych dzieł autora. Ot - jako coś, co może okazać się, ale wcale nie musi. Na tej samej zasadzie miło, gdy się człowiek staje ofiarą takiej akcji promocyjnej, jaką w przypadku Na linii świata wymyślił Znak, czyli w paczce znaleźć rzecz bez tytułu, bez okładki, bez nazwiska autora. I przeczytać ją ot tak, po prostu, a potem dopiero dowiedzieć się, co się właściwie czytało. Dobra promocja tytułu, przemyślana, intrygująca. A książka?

Kostrzyn nad Odrą

Wojaże #2 - Woodstock mój, Twój, Wasz, Nasz

09 sierpnia



Miałam o Przystanku Woodstock nie pisać, choćby dlatego, że robią to wszyscy - rozpisuje się prasa, krzyczy telewizja, szumi radio. I co ja miałabym do tego ogólnego zamieszania dodać od siebie ciekawego, czego jeszcze nie było? Z której Cię tu strony, Czytelniku, podejść, żebyś uznał, że mnie piszącą o tym, zależnie od punktu siedzenia, najpiękniejszym albo najbardziej obskurnym festiwalu świata, akurat warto przeczytać? Właściwie, wciąż nie wiem. Wiem tylko, że te moje cztery razy na Przystanku dały mi tyle wszystkiego - tyle doświadczeń, nowych znajomości i oczywiście pięknej muzyki - że muszę się tym w końcu podzielić. To i się dzielę!

Woodstock rodzinny
Jak już wspominałam, pierwszy raz do Kostrzyna pojechałam cztery Przystanki temu. Proste obliczenia wykazują więc, że miałam wtedy aż... Czternaście lat? Cóż to za rodzice, którzy pozwalają swojej czternastoletniej córce jechać na drugi koniec Polski, by tam tarzać się w błocie w towarzystwie ćpunów, lewaków i bór wie, kogo jeszcze?
Ano, tacy, którzy jadą tam razem z nią.

I, co najmilsze chyba, nie jesteśmy z bratem w tym względzie wyjątkowi - od lat obserwuję rodzinne ekipy znajdujące w przebywaniu na Woodstocku przynajmniej tyle samo radości, co wszyscy inni. Jeśli chcielibyście znaleźć muzykę, która będzie wspólna dla Was i dla Waszych rodziców, dzięki ASP zapewnić sobie godziny ciekawych rozmów, a poza tym po prostu miło spędzić czas - weźcie rodzinę na Woodstock.

(tylko, zaklinam Was na wszystkie świętości, nie bierzcie ze sobą bardzo małych dzieci. ani psów. hałaśliwy tłum i upalne, duszne namioty to nie jest odpowiednie miejsce dla nich)

Woodstock bezpieczny
Jedną z najczęstszych obiekcji pod adresem Przystanku, jakie zdarza mi się słyszeć jest (oprócz tego, że brudno, ale o tym później) rzekomy brak bezpieczeństwa. Wszystkiego oczywiście nie widziałam, ale powiedzieć mogę tyle - podczas tych czterech Woodstocków nie zdarzyło mi się ani razu być napastowaną, atakowaną, więcej - nie zastosowano wobec mnie żadnej formy przemocy psychicznej ani nie sprawiono, że poczułam się jakkolwiek zagrożona. Nie jestem w stanie powiedzieć, że takie rzeczy się tam nie zdarzają, bo zdarzają się na pewno, panująca atmosfera nie sprzyja jednak tego typu zachowaniom, a czemuś wręcz przeciwnemu - wzmożonej dbałości o dobro i bezpieczeństwo swoje i innych.

Przystanek Woodstock to jedyne chyba miejsce, gdzie widząc człowieka noszącego w glanach białe sznurówki w drabinkę nie mam odruchu ucieczki. Gdzie ciemnoskóry człowiek w koszulce z napisem Kocham Polskę nie staje się obiektem niczyich zaczepek słownych. Gdzie nic nikomu do tego, czy jesteś punkiem, skinem, hippisem, prawakiem, lewakiem czy kosmitą.

A narkotyki? No, są. Nie będę udawała, że nie czułam w powietrzu dość często charakterystycznego zielonego zapachu. Pamiętajmy tylko, że nie jest to winą czy odpowiedzialnością organizatorów - ci ludzie robiliby to samo, nieważne, czy w Kostrzynie, czy w swojej części Polski. Co jednak ważne, przez te cztery lata ani razu nikt nie próbował mi niczego sprzedać, ani nachalnie nie częstował mnie żadną substancją. Rokrocznie pojawia się także apel organizatorów, by wszelkie próby dilerki natychmiast zgłaszać. To, czy odnosi on skutek jest już zupełnie inną sprawą, ale przynajmniej nikt nie udaje, że problem nie istnieje, jak dzieje się to na innych festiwalach muzycznych.

Woodstock czysty
Czysty? W tej chwili moglibyście zasypać mnie zdjęciami turlających się w błocie brudasków i stert śmieci zalegających gdzieniegdzie ostatniego dnia festiwalu. Ok, tak jest. Śmieci i ogólny bałagan to jednak nieuniknione skutki przebywania w jednym miejscu około pół miliona ludzi, a na przestrzeni tych kilku lat odniosłam wrażenie, że skutki te są coraz skuteczniej neutralizowane. Sanitariatów jest więcej, są częściej czyszczone, a i sami woodstockowicze jakby bardziej dbają o swoje otoczenie. Fakt faktem, do ideału wciąż nam daleko, ale porównując choćby z legendarnym pierwowzorem (do tego typu porównań polecam dokument o znamiennym tytule Woodstock z 1970 roku), dzisiejsze Przystanki to sanitarne niebo.

(przypominam także, że błoto jest nieuniknionym skutkiem ubocznym opadów atmosferycznych. organizatorzy festiwalu niestety nie wynaleźli do tej pory skutecznej metody zaklinania deszczu)

Woodstock różnorodny
Rok w rok zadziwia mnie to, jak kolorowy i różnorodny jest woodstockowy tłum. Od heavymetalowych chłopców w bardzo, bardzo obcislych spodniach po hippisów z krokiem poniżej kolan, od zakonserwowanych przez lata i spirytus punków po młodziutkie dziewczęta w wiankach; obserwowanie tej barwnej zbieraniny to niekończąca się rozrywka. Podobnie jest zresztą z prezentowaną na wszystkich (w tym roku było ich aż 4) scenach. Tym razem można było usłyszeć na przykład mongolski folk metal, jazz romansujący z hip-hopem, coś pomiędzy funkiem a punkiem, a to tylko paru spośród kilkudziesięciu naprawdę wyjątkowych wykonawców. Nic, tylko wybierać!

 Zabawnie i pouczająco patrzy się też, jak różnorodni ludzie pojawiają się pod scenami. Okuci w glany długowłosi zachwycający się Urbanatorem? Nie ma sprawy! Dzieci-kwiaty podskakujące na alternatywnych Kolorach? Jeszcze jak! Przystanek stwarza idealne warunki do wychodzenia z własnej muzycznej skorupki i poznawania rzeczy zupełnie nowych (nigdy nie sądziłam, że polski heavymetalowy zespół zostanie moją wielką miłością, a jednak...)

Woodstock kulturalny
Nie samymi koncertami jednak woodstockowicz żyje; w końcu między późną lub późniejszą pobudką, a godziną 15, gdy zaczynają grać sceny, coś trzeba ze sobą zrobić. Tu z pomocą przychodzi Akademia Sztuk Przepięknych, oferując szalone ilości bezpłatnych warsztatów na stoiskach organizacji pozarządowych. Haft tradycyjny, joga śmiechu, malowanie mandal na kamyczkach, capoeira... Jedyny problem jest taki, że będąc jednym człowiekiem tysiąca zainteresowań naprawdę trudno chwilami wybrać te najlepsze i najciekawsze warsztaty.

Oprócz rzeczy do uczestniczenia, jest też sporo do pooglądania i posłuchania. ASP co roku zaprasza do siebie różnych ciekawych ludzi - w tym roku byli to na przykład Robert Biedroń czy gen. Mirosław Różański, z lat poprzednich między innymi Aleksander Doba, dr. Irena Eris i obsada aktorska Ostatniej rodziny. Są też - rzecz przecudowna - nocne spektakle teatralne. W tym roku Teatr im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim wystąpił ze spektaklem Stopklatka i, choć godzina była słuszna - spektakl rozpoczął się o 3 w nocy - zebrał naprawdę imponującą widownię. Byłam tam i nieprzespanych godzin bynajmniej nie żałuję.

Woodstock murem podzielony
Nachwaliło się trochę, teraz pora na mniej kolorową stronę woodstockowej rzeczywistości - barierki. Trudno było nie słyszeć, że w tym roku kostrzyński festiwal może poszczycić się mianem imprezy podwyższonego ryzyka. Co to oznacza w praktyce? Dla organizatorów - znacznie większe koszty zabezpieczenia, dla festiwalowiczów - barierki, które ogrodziły tereny wokół scen. Budziły złość, budziły smutek, ale, co zaskakujące jak najbardziej pozytywnie, nie budziły agresji; nie spotkałam się z tym, by ktoś robił problem patrolowcom przeprowadzającym kontrolę osobistą i choć daleko było w tym wszystkim do radości, uczestnicy zdawali się świadomi, że jest to cena, którą muszą zapłacić by Przystanek w ogóle się odbył.

Radość była za to później - gdy przed sobotnim koncertem Nocnego Kochanka barierki, zgodnie z obietnicą, zniknęły. Widok setek ludzi wbiegających w podskokach przed Dużą Scenę to coś do zapamiętania na długo. Tak właśnie ludzie cieszą się wolnością.

Woodstock polityczny
Mimo całej swojej wolności, od jednego nie jest Woodstock wolny - od polityki. Z jednej strony, dobrze to, bo obecnie i trudno, i nierozsądnie zapominać o tym, kto stoi za sterem, z drugiej jednak... Może na te trzy dni dalibyśmy sobie spokój i od tego i jednoczyli się tylko i wyłącznie w miłości do siebie nawzajem? Może na te trzy dni niepotrzebne nam są wspomnienia o posłance Pawłowskiej czy jakiejkolwiek innej? Może i lepszą manifestacją niż wykrzykiwanie znów jakichś tam haseł byłoby przez ten moment pokazać, że można ekipę rządzącą i jej wyczyny mieć gdzieś?

Woodstock - moja przestrzeń dialogu
Dla mnie i dla wielu innych Woodstock jest jednak przede wszystkim miejscem, by porozmawiać. W świecie, w którym przyzwyczajeni jesteśmy do przekrzykiwania się nawzajem, miejsce na spokojny, rzeczowy dialog które w niepojęty sposób stwarza ten festiwal, jest czymś na wagę złota. Nie wiem, jak to się dzieje i dlaczego - wiem tylko, że tu, przez tych parę dni można nie kłócić się, tylko dyskutować; z całą tolerancją i otwartością umysłu, jakie są do tego potrzebne. Te woodstockowe spotkania i rozmowy dały mi niewiarygodnie dużo i tyle samo mogą dać każdemu, kto zechce słuchać i mówić. I za każdym razem, gdy wyjeżdżam z tego prawie, że raju tolerancji i uważności, kiełkuje we mnie jedna myśl - skoro tam i wtedy mogliśmy i potrafiliśmy, czemu by nie spróbować tego na co dzień?


Woodstock to nie jest idyllyczny raj na ziemi, miejsce, w którym nagle znikają wszystkie problemy tego świata. Woodstock to nie jest też obraz nędzy i rozpaczy, czarna dziura w której dokonuje się deprawacja na wielką skalę i powszechne ćpanie. Woodstock to ludzie, którzy go tworzą i jest taki, jak oni - czasem trochę lepszy, czasem trochę gorszy, niezupełnie domyty i nie do końca trzeźwy. Radosny, kolorowy, roztańczony, pełen nowych możliwości. Woodstock będzie taki, jakim zechcesz go widzieć.

Jeśli na kolejnym Woodstocku chiał_abyś mniej lub bardziej przypadkowo na mnie wpaść, pisz.
Rodzi się w bólach jeszcze jeden post - o muzyce Woodstocku, czyli o tych wszystkich dobrych melodiach, które na przestrzeni paru lat z niego wyniosłam. Stay tuned!

Ann Patchett

Co tu napisać - o "Dziedzictwie" Ann Patchett

07 sierpnia


Często zdarza mi się, że po zakończeniu lektury czuję irytację. Na niedokończone wątki, na niedopowiedziane zakończenie, na niespełnione oczekiwania. Rzadziej, ale też wcale nie tak rzadko zdarza się, że czuję niedosyt i natłok myśli napierających na głowę. Wszystkie te, negatywne przecież odczucia, bledną jednak w zestawieniu z tym, co czułam zakończywszy lekturę nowej powieści Ann Patchett; w mojej główce tudzież w serduszku nie było bowiem nic, prócz może lekkiego znudzenia i to z tego powodu odwlekałam pisanie recenzji na ile tylko mogłam, a i teraz nie spodziewajcie się tekstu długiego czy rozbudowanego.

AlterFest

Wojaże #1: Małe-wielkie festiwale, czyli o AlterFeście słów kilka (i kilka więcej)

12 czerwca



Mam tym razem, Szanowni, opóźnienie wyjątkowe nawet w swoim własnym, dość elastycznym mniemaniu. Bo przecież można później tydzień, dwa, ale tak się ładnie składa, że z chwilą, gdy siadam do klawiatury, od wydarzenia o którym będę pisać mija równo miesiąc. I mogłabym się tłumaczyć, żałować, przepraszać, ale to nie o tym tekst, bo tekst jest o całkiem wyjątkowym festiwalu muzycznym. Tak tak, byłam na festiwalu muzycznym. W Mysłowicach.

hippisi

Raj utracony - „Arkadia” Lauren Groff

25 kwietnia



Powieść Lauren Groff. O hippisach. Szczerze wątpię, czy jest coś, co opróżniłoby mój portfel równie szybko. Bo muszę się Wam do czegoś przyznać, najlepiej już na wstępie - zakochałam się w stylu autorki Fatum i furii nieprzytomnie, do tego stopnia, że brałabym w ciemno czegokolwiek by nie napisała, a Arkadia tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że słusznie czynię. Więc jeśli po obiektywizm - nie tędy, to będzie recenzja w stu procentach subiektywna, zresztą chyba o to w tym recenzowaniu chodzi, prawda?

austriacka

Wielkie nadzieje - „Całe życie” Roberta Seethalera

23 kwietnia


Jest jeden zasadniczy problem z promowaniem książki jako wyjątkowej, zaskakującej, niesamowitej, ponadczasowej i tak dalej - podbija się w ten sposób oczekiwania. I może to zadziałać w dwie strony; albo przeczytawszy książkę uznamy ją z automatu za arcydzieło, bo na to właśnie byliśmy przygotowani, albo będziemy czuli się z lekka oszukani bo dostaniemy coś, co nie jest złe, może nawet jest dobre całkiem, ale w naszej opinii wcale nie takie wyjątkowe. Osobiście ostatnio częściej mam do czynienia z tą drugą, mniej przyjemną stroną dwusiecznego miecza marketingu książkowego, przy okazji lektury Całego życia - niestety raz jeszcze.

Fredro

Chorobliwie duszny kraj - „Zemsta” w reżyserii Adama Nalepy

18 kwietnia




No dobrze, więc idę na Zemstę. Czyli jak - parę godzin zmarnowanych na gapienie się na ludziach w śmiesznych strojach z epoki powtarzających oklepane, znane prawie, że na pamięć teksty? Bo co nowego można jeszcze wyciągnąć z wałkowanego w gimnazjach dramatu, co tu ciekawego z taką zesztywniałą klasyką można począć? Otóż, okazuje się, że można, nawet sporo całkiem. Wszystko, czego się spodziewamy i wszystko, czego nie spodziewamy się absolutnie robi z nią Teatr Zagłębia, a ja piszę pierwszą w swoim króciutkim życiu recenzję teatralną. A co mi tam!

biografia

Jak (nie) poznałam Wojtka Tochmana, czyli „Krall”

22 marca




Wesoło przeglądałam sobie zawartość stoiska Dowodów na Istnienie na krakowskich Targach Książki, gdy zobaczyłam JĄ. Nie, nie Hannę Krall niestety, ale prawie - na czarnej okładce wielkimi literami koloru, który można opisać chyba tylko jako amarantowy - KRALL. Reszta była już tylko formalnością; gawędząc sobie z obsługującym kasę panem dokonałam zakupu, gdy padło pytanie z tych mniej spodziewanych:

share week

Dzielmy się dobrem - SHARE WEEK 2017

20 marca





Blogosfera oszalała, blogerzy tańczą i tak dalej - nadszedł SHARE WEEK 2017. Czyli czas, żeby powiedzieć sobie nawzajem, jak bardzo się lubimy (i lubimy czytać) i może znaleźć coś nowego do czytania dla siebie.

beksińscy

Taki ładny zawód, czyli o opowiadaniach Beksińskiego

17 marca




Przyznać trzeba, że nakręciłam się na tego Beksińskiego niesamowicie. No bo w końcu - okazuje się, że Zdzisław, ten Zdzisław od przepięknych, niepokojących obrazów nie tylko te obrazy robił, zdarzyło mu się też nabazgrać, wprawdzie do szuflady, ale ktoś tę szufladę w końcu otworzył, zamknął w ładne okładki i... No i co właśnie? No i (tu wstawić coś z obszernego słownika słów niecenzuralnych). Bo był Beksiński malarzem, był fotografikiem, grafikiem też, ale już pisarzem - niekoniecznie.

Haruki Murakami

Wiosenny niedźwiadek, czyli o "Norwegian Wood" Haruki Murakamiego

10 marca


(ikony użyte w grafice okładkowej pochodzą z kolekcji Forest Danilo Gusmão Silveiry w Noun Project)

Zachęcił mnie cytat z niedźwiadkiem. Niedźwiadkiem bardzo specjalnym, bo wiosennym. Tak się zdarza od czasu do czasu - widzisz fragment jakiejś książki, może parę słów i wiesz już, że chcesz przeczytać całość. Może nawet kilka razy. Albo kilkanaście. Czasami to przeczucie zawodzi i okazuje się, że tylko tych parę słów było wartych uwagi, ale „Norwegian Wood” na całe szczęście nie jest jednym z takich przypadków. Zanim jednak zacznę się nad nim rozwodzić, coby nie być gołosłownym - cytat z wiosennym niedźwiadkiem:

książki

Czy wydanie ma znaczenie? - czyli o ładnych książkach w brzydkim świecie

13 stycznia



Nie oceniaj książki po okładce - brzmi ładnie, czyż nie? I o ile twierdzenie to w odniesieniu do ludzi ma jakie takie zastosowanie (choć ponoć i tak bardziej lubimy tych atrakcyjnych), to gdy mówimy o książkach samych w sobie zdaje się nie mieć zastosowania. No bo przyznaj, ile razy zdarzyło Ci się zostać przyciągniętym do sklepowej półki wyjątkowo udaną oprawą graficzną książki? Ile razy po przeczytaniu blurba na tylnej okładce nagle nabrałeś ochoty na tytuł, którego wcześniej nie kojarzyłeś? No właśnie.

francuska

O zapomnianych projektach i ładnych bibliotekach - Marcel Schwob, „Żywoty urojone i inne prozy”

05 stycznia



Jest taki projekt, w ramach którego tłumaczone i promowane są perełki literatury europejskiej z jakiegoś powodu leżące na dnie mrocznego oceanu zapomnienia. Takie cuda, które, choć cudami są niewątpliwie, jakoś nie odcisnęły się w publicznej świadomości. Pierwszym ruchem tego projektu miało być przetłumaczenie na niderlandzki „Lalki” Prusa. Piszę - miało być - bo niestety polska strona projektu lewituje sobie w sieci nieaktualizowana od 2014 roku (holenderska ma się dobrze). Ale to, co w tym całym zamieszaniu interesuje nas najbardziej, to sama nazwa - Schwob. Od Marcela Schwoba. Kim do stu diabłów jest Marcel Schwob?

Popularności