Dawno, dawno temu... - "Bajka o Rašce", Ota Pavel
Zazwyczaj nie czytam reportaży sportowych. Działają na mnie mniej więcej tak, jak i sam sport – odstraszająco. Bo w końcu co jest ekscytującego w bandzie facetów biegających po trawie za kawałkiem skóry? Zazwyczaj nie czytam… Ale w przypadku „Bajki o Rašce” zawahałam się na moment, bynajmniej nie dlatego, że nazwisko tytułowego narciarza cokolwiek mi mówiło. Mówiło za to, i to całkiem sporo, nazwisko autora tego niewielkiego zbiorku. Magnetyczny wpływ pisarstwa Oty Pavla ostatecznie przezwyciężył wrodzoną niechęć do wszystkiego, co ze sportem związane i wyciągnęłam swoje lepkie rączki po tą pozycję. I absolutnie nie żałuję!
Ota Pavel to pisarz, którego polski czytelnik miał do tej pory okazję poznać głównie za sprawą zbioru opowiadań Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami, książki, która chyba powinna być sprzedawana w aptekach jako antydepresant bez recepty (i która, swoją drogą, powstała podczas pobytu pisarza w szpitalu psychiatrycznym, o czym do niedawna nie miałam pojęcia). Okazuje się jednak, że pan od sielankowych opowiadań o rybach i trawie był dziennikarzem sportowym. Bajka o Rašce to zbiór jego reportaży o sportowcach różnych – skoczkach narciarskich, alpinistach, piłkarzach i swoich ulubionych kolarzach. Zbiór dziewięciu tekstów, tak odmiennych, jak ich bohaterowie, więc wymagających osobnego opisania.

„Jirka chciał latać wreszcie – ale nie jak kaczka, co z rozcapierzonymi skrzydłami spada na wodę jak buła. Chciał latać jak albatros, piękny ptak z rodziny ptaków morskich.”
I nie będzie absolutnie mowy o nudzie.
Kolejny reportaż, Kiedy ci nie idzie ma już zupełnie odmienny charakter. Tamten był radosny, przepojony ciepłem, ten jest gorzkim monologiem kolarza zmęczonego życiem i ciężkimi sportowymi zmaganiami. Stosownie do tematu, zmienia się też zupełnie styl – znika gdzieś baśniowość i urok, które zastępuje twardy, prosty język. I zgorzknienie.
„Pisali: Wyścig Pokoju. Ale czy rzeczywiście wyścig jest pokojem? Tam, jak mówimy, szło się w trupa, jeden z drugim, Rosjanin z Francuzem, Polak z Czechem, żadnego „przepraszam”
Tam było słodko, tu jest gorzko. O pokonywaniu własnych ograniczeń, ale też o tym, jak ciężkim kawałkiem chleba jest sport w ogóle, a w szczególności kolarstwo.
Kolarz, a nawet Kolarz przeklęty jest także bohaterem kolejnego tekstu. Z tym, że o ile poprzednio Pavel snuł opowieść przytaczając po prostu wypowiedzi sportowca, tu widzimy autora w roli podwójnej – najpierw jako reportera zachwyconego znalezieniem własnego kolarza na wyłączność, o czym pisze zresztą bardzo obrazowo:
„A potem, podczas drugiego etapu wyścigu dookoła Czech, znalazłem swojego konia. Miał zgrabny tyłek, co dla kolarza jest istotne, miał piękne długie nogi jak francuskie striptizerki w Crazy Horse Saloon w Paryżu, miał tajemniczy uśmiech Mony Lisy i nosek zadarty wysoko w chmury na niebie. Pedałował i wyprzedzał peleton, kiedy tylko chciał, śmiejąc się w dodatku i dowcipkując.”
Potem zaś z pozycji innej i dużo mniej zdystansowanej – przyjaciela. Tak, jak i w poprzednich reportażach, widać tu podejście zgoła odmienne od tego, do jakiego przyzwyczaiły nas teksty o wszelkiego rodzaju sławach. Pavel nie ustawia swoich sportowców na piedestale, nie traktuje ich jak odległych o lata świetlne gwiazd, ale zwykłych ludzi z codziennymi problemami, troskami i ograniczoną wytrzymałością zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Po prostu dostrzega w sportowcu człowieka.

Po tych radosnych, żywiołowych tekstach powracamy do klimatów melancholijnych i sentymentalnych. W Dwóch braciach obserwujemy dialog (o dziwo!) dwóch braci, hokeistów podzielonych onegdaj przez los i grających w drużynach na dwóch końcach świata– w Australii i w Czechach. I choć mamy tło sportowe, jest ono niczym więcej, jak tylko tłem właśnie. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj skomplikowana relacja pełna niedopowiedzeń, różnica doświadczeń dzieląca dwoje ludzi bardziej, niż tysiące kilometrów. To opowieść o przepaści między tym, co pomyślane, a tym, co wypowiedziane. I o tym, że sport potrafi łączyć, ale i dzielić.

Zamykam tę niewielką książeczkę z olbrzymim poczuciem niedosytu. Mimo, że nie wyobrażałam sobie, że można mnie sportem zainteresować na tyle, bym nie poddała się w połowie. A tu Pavel – w pięknym stylu, bajkowo, czasem odrobinę melancholijnie – pokazał mi, jak bardzo się myliłam. To dobre reportaże z dobrym przesłaniem, bo to, co przede wszystkim z nich wyniosłam to przeświadczenie, że można właściwie wszystko. I leci się przez nią jak na skrzydłach wiatru. Jak ptak z rodziny ptaków morskich.