#polskiwrzesień Hanna Krall - "Zdążyć przed Panem Bogiem"
Z czytaniem klasyki zawsze wiąże się dla mnie pewien specyficzny rodzaj strachu. Boję się, przede wszystkim, rozczarowania. Kawałeczek legendy umiera za każdym razem, kiedy Książka, taka przez duże K, a może i duże S, książka, o której się tyle słyszało i czytało, że ważna, że świetna, że życia zmienia, że Kanon, Klasyk i Wielkie Dzieło - kiedy taka książka okazuje się być czymś, co w najlepszym razie wydaje nam się po prostu mdłe. I prawdopodobnie to z tego powodu do czytania „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall, dziełka kojarzącego mi się jako klasyka klasyk polskiego reportażu zabierałam się z pośpiechem, który zawstydziłby niejednego leniwca. A nie trzeba było.
Jednakże brak entuzjazmu niejedno ma imię - z tym moim związany był także temat książki Hanny Krall. I nie chodzi tu nawet o to, że powstanie w getcie warszawskim nie jest tematem ani łatwym, ani przyjemnym; obawiałam się, że opowieść ta, w wyniku polskiej przypadłości gloryfikowania wydarzeń drugiej wojny światowej będzie kolejnym eposem opiewającym bohaterstwo powstańców, ładną pocztówką niewymagającą refleksji, choć może brutalną i nieszczędzącą krwawych szczegółów. A jest, na szczęście, wręcz przeciwnie, ale może zacznijmy od początku.
„Zdążyć przed Panem Bogiem” to przede wszystkim wywiad z Markiem Edelmanem, jednym z przywódców powstania, które w 1943 roku wybuchło w warszawskim getcie, a po wojnie - kardiologiem. I choć wydawać by się mogło, że dla reporterki ważniejsza będzie pierwsza część jego życiorysu, nie traktuje ona lekarskiej kariery Edelamana po macoszemu. Jest więc to w równym stopniu książka o umieraniu (Porządek historyczny okazuje się być tylko porządkiem umierania.) jak i o życiu i o ratowaniu tego życia, tytułowym zdążaniu przed Panem Bogiem. Przede wszystkim wywiad - ale nie tylko. W, nazwijmy, treść właściwą reportażu wkradają się bowiem dopiski, które pozwalają niejako zajrzeć za jego kulisy; Hanna Krall pisze o listach, jakie otrzymywała w związku ze swoją książką, o rozmowach, które towarzyszyły jej powstawaniu, a tym samym trafnie podsumowuje nasze podejście do czasów wojennych, to, jak wielka jest w nas potrzeba, by tamte wydarzenia idealizować i jak wiele szczegółów jesteśmy w stanie w tym celu zmienić czy zupełnie przemilczeć. I to zarówno my, współcześni, dla których II wojna światowa jest już tylko odległym cieniem, jak i ci, dla których stanowiła być może najważniejsze wydarzenie życia.
A jednak, mimo braku patosu i odarcia z wszelkiej mitologii, udaje się Hannie Krall opowiadać o powstaniu z godnością. Bez bajdurzenia o moralnym zwycięstwie, a tylko o ludziach, którzy wiedząc, że śmierć jest nieunikniona chcieli swoją śmiercią coś pokazać światu. Bardzo ważne jest też to, jak sam bohater książki opowiada o swoim udziale w powstaniu - nie stawia siebie w centrum akcji, a wręcz odsuwa je od siebie opowiadając o innych, najczęściej bezimiennych powstańcach. Ani on, ani reporterka nie zasypują nas też tonami liczb, gdy już decydują się je podać, to tylko z zastrzeżeniem, że to ponieważ ludzie lubią liczby... I to różni ten reportaż od większości rzecz, jakie możecie przeczytać o powstaniu w getcie czy o II wojnie światowej w ogóle - jest dużo mniej sucha, a bardziej bezpośrednia. Uwiera, boli, nie pozwala zapomnieć.
A zostawiając już warstwę fabularną, o której pisać by można dużo, dużo więcej, choć to tylko nieco ponad sto stron (zauważyłam ostatnio śmieszną zależność - im książki krótsze, tym dłuższe moje recenzje); język. A ten jest u Hanny Krall czymś świetnym, szczerze mówiąc nie wiedziałam wcześniej, że tak w ten reportaż można. Jest krótko, niesamowicie zwięźle, ascetycznie wręcz, a jednocześnie wymownie i artystycznie. A przy tym, gdy przychodzi do wywiadu, jest jako strona pytająca niemal transparentna, dużo więcej słucha, niż pyta. W odniesieniu do strasznych wydarzeń, które opisuje nie porywa się na sądy, nie daje czytelnikowi w żaden sposób poznać swoich odczuć czy poglądów. Pisze tylko o pamiętaniu.

Gdybyście przypadkiem nie wiedzieli, o co chodzi z tym całym hasztagiem, zapraszam tu - tłumaczę.